Bezsens i powierzchowność życia – jak sobie z tym radzić? Pozwól sobie na samego siebie… [cz.3]

Niemoc w odnajdywaniu spokoju, brak stałych punktów odniesienia, bycie porwanym przez powierzchowność życia i stawanie się samemu uciekinierem, uciekinierem przed samym sobą – to z pewnością jest wielki problem naszych dni. Jednak nie jest to problem nowy. Jakiś czas temu wpadł mi w ręce pewien średniowieczny tekst, który dotyczy tych spraw, niebezpieczeństwa utraty samego siebie i konieczności powrotu do samego siebie.

To był list pióra św. Bernarda z Clairvaux (ok. 1090-1153), adresowany do człowieka, który się spala, wyczerpuje, rozdrabnia, który nawykł do pozbawionej celu rutyny. Ten list jest dobitnym ostrzeżeniem i odnosi się do papieża Eugeniusza III (1145-1153), wcześniej ucznia i współbrata Bernarda. Byłem zaskoczony, kiedy czytałem ten list. Brzmi tak nowocześnie, że jego treść można byłoby z powodzeniem skierować do menedżera lub polityka naszych czasów. Tyle że nam dzisiaj zabrakłoby pewnie odwagi, jaką wykazał się tutaj Bernard, odwagi do mówienia wprost i wymienienia złych skutków, jakie pociąga za sobą utrata własnego „ja”.

Bernard wie, jak obojętny może stać się człowiek, przyzwyczajony do bezlitosnej rutyny powszedniego dnia pracy. Czy z papieżem Eugeniuszem można jeszcze w ogóle prowadzić rozmowę? zadaje sobie pytanie. Czy ten człowiek w ogóle jeszcze cierpi z powodu stresu, na jaki się wystawił? „Obawiam się”, pisze, „że Ty, przytłoczony swoimi licznymi zajęciami, nie widzisz żadnego wyjścia. Dlatego stajesz się tak zatwardziały, że stopniowo uwalniasz się od uczucia potrzebnego i uzdrawiającego bólu szukania Boga i samego siebie. Tymczasem o wiele mądrzej byłoby od czasu do czasu uwolnić się od swoich zajęć, tak żeby one Ciebie nie doprowadziły stopniowo do momentu, w którym nie chciałeś się znaleźć. Pytasz, do jakiego momentu? Do momentu, w którym serce staje się zatwardziałe. Nie pytaj już, o czym jest tu mowa – jeżeli się teraz nie przestraszyłeś, to znaczy, że Twoje serce właśnie takie się stało”.

Czyż nie znamy tego nazbyt dobrze – tych ludzi, którzy zamienili się w automaty, i którzy niczym automat są całkowicie pochłonięci swoją pracą? Którzy tylko zaledwie funkcjonują? Bernard określa taki stan jako chorobę, chorobę zatwardziałości serca. I znajduje drastyczne słowa określające bezsens takiej egzystencji, która została pozbawiona jakichkolwiek związków i zatraciła jakikolwiek kontakt z życiem oraz z własnym „ja”. „Dla zatwardziałego serca nie istnieje nic godnego pamięci, poza nic nie znaczącymi zniewagami”, pisze dalej, „nic ważnego w teraźniejszości, nic w przyszłości, za czymkolwiek można by się rozglądnąć lub do czegokolwiek przygotować, chyba że knułoby się jakiś akt zemsty. Aby krótko i zwięźle sprowadzić wszelkie zło tej strasznej choroby do jednego mianownika: takie serce utraciło w którymś momencie bojaźń Bożą i wyczucie na ludzi”. I dlatego cała ta działalność w służbie dla innych, w której spala się papież Eugeniusz, do niczego nie prowadzi. Nie prowadzi do niczego, gdyż człowiek, który sam siebie nie jest w stanie sprawiedliwie ocenić, nie może sprawiedliwie ocenić drugiego człowieka. „Jakże możesz być w pełni i prawdziwie człowiekiem”, pyta go Bernard, „skoro Ty zatraciłeś samego siebie?” I kontynuuje: „Czy może jesteś dla siebie obcym? I czy nie jesteś obcy dla każdego, skoro sam dla siebie taki jesteś? Zaprawdę, kto się źle obchodzi z samym sobą, dla kogo może być dobry?” Dla Bernarda istnieje tylko jedno logiczne wyjście dla wypalonych i zapomnianych przez samych siebie ludzi: „Pozwól sobie na samego siebie!” zaklina papieża. „Nie mówię: czyń tak zawsze, nie mówię: rób tak często, ale mówię: czyń tak wciąż na nowo”. Innymi słowy: wracaj wciąż na nowo do momentu wyjścia – w drogę do samego siebie.

Ten list ma prawie 900 lat, a jednak nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Widocznie we wszystkich epokach to niebezpieczeństwo zostało rozpoznane, że człowiek sam ulatnia się w powierzchownych sprawach. I to, co Bernard powiedział papieżowi Eugeniuszowi, również my w podobnych okolicznościach uważalibyśmy za mądre i właściwe. W każdym razie do tego momentu. Gdyż teraz Bernard wyjaśnia, co rozumie pod swoim wezwaniem: „Pozwól sobie na samego siebie!” – i w tym momencie nie ma na myśli rozpieszczania się, jakby się w dzisiejszych czasach oczekiwało, lecz wycofanie się w kontemplację. Refleksję o boskim powołaniu ludzi. Nie powinno się ponownie odczuwać ciała, lecz duszę, a więc organ, dzięki któremu pozostajemy w kontakcie z Bogiem.

W zasadzie Bernard mówi tutaj o doświadczeniu, jakie jest moim udziałem, kiedy się modlę, i które jest również udziałem każdego, kto się modli: droga do samego siebie prowadzi przez Boga. Czy się modlę, czy też pogrążam w kontemplacji – w każdym przypadku nabieram dystansu do samego siebie, zwracam się ku Bogu i w ten sposób zyskuję punkt zaczepienia poza światem, który trzyma mnie w niewoli. I to uwalnia. Ten bowiem, kto ogląda sam siebie w Boskim świetle, otrzymuje ponownie prawdziwe spojrzenie na prawdziwe wymiary. Jego skala zostaje poprawiona. Ponownie jest w stanie rozróżnić między tym co błahe, a tym co istotne. To spojrzenie nie przecenia już więcej własnego znaczenia, ani nie kwestionuje już własnych sił. Człowiek może się przyznać do własnych słabości, bez upadania z tego powodu na duchu, gdyż każde komunikowanie się z Bogiem wzmacnia nas w wierze: nie jesteśmy zdani na to, aby wszystko czynić samemu. Bóg wraz ze swoim błogosławieństwem przybywa nam z pomocą. Daje nam w darze powodzenie. Innymi słowy: zarówno w modlitwie, jak i w kontemplacji osiągam realistyczną ocenę własnej osoby i ponownie odnajduję samego siebie.

I to jest właśnie to. I o to zasadniczo w życiu chodzi, gdyż jest to warunek prawdziwej samorealizacji. Samorealizacji, która nie zmierza do tego, aby bezwzględnie podkreślać własne ego, albo forsować za wszelką cenę własne interesy, lecz by doprowadzić do pełnego rozwoju własne człowieczeństwo. Dlatego Bernard łączy swoją radę skierowaną do papieża Eugeniusza, by poświęcać więcej czasu samemu sobie, z wezwaniem do ponownego nawiązania relacji z Bogiem. Dlatego jednym tchem wymienia Boga i ludzi, kiedy zarzuca papieżowi, że zagubił gdzieś zarówno bojaźń Bożą, jak i wyczucie na ludzi. Bernard nie upomina się zatem o jakiekolwiek chrześcijańskie wartości, nie mówi o pokorze, miłości bliźniego czy bezinteresowności. O wiele bardziej przypomina o tym, co w największym stopniu stanowi o udanym i pełnym łask życiu: wyraźne ukierunkowanie się na Boga.

przeczytaj poprzednie odcinki: pierwszy | drugi


Notker Wolf | Dokąd pielgrzymujemy. Dawne drogi i nowe cele – kup w księgarni on-line

komentarz

napisz komentarz
  • Również zaczyna mi doskwierać powierzchowność życia. Wszyscy żyją podobnie, praca, dom. Szczególnie czuć to gdy wyjedzie się do większego miasta – bez przyjaciół, bez rodziny – zostają tylko powierzchowne znajomości przy alkoholu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl