Chorał gregoriański jako celebracja tekstu – lectio divina

Wyjątkowość chorału wiąże się z dwiema rzeczywistościami. Chodzi o słowo i melodię. Chorał wynika ze słowa, ma dzięki niemu sens. A melodia? Prowadzi od słowa do chorału. Nie tylko go konstytuuje – sprawia, że jest on wręcz przedłużeniem słowa. Dotykamy tu paradoksalnej tajemnicy melodii. Z jednej strony wykracza ona poza słowo, dopowiadając to, czego ono nie obejmuje. Z drugiej zaś – zwłaszcza w chorale – jest najlepszym nośnikiem słowa. Jest blisko jego, jednocześnie zachowując doń właściwy dystans. Istotą, by nie rzec: tajemnicą chorału jest zetknięcie się w nim melodii ze słowem. O tym jest niniejsza część naszych rozważań.

Kontakt ten dokonuje się w człowieku a dokładniej – w jego stosunku do słowa. Człowiek tworzy melodię, ale też – co wyraźnie chyba odczuwamy, zwłaszcza obcując z najpiękniejszymi melodiami – przychodzi ona gdzieś „spoza”. Ta przestrzeń „poza” jest tu kluczowa. Otwiera się na więcej – na Nieskończoność, na łaskę, na Boga. Naprzeciw niej stają skończoność słowa i człowieka – również otwarte, ale jedynie na tyle, na ile umożliwią to uwarunkowania ograniczonej materii. W tym miejscu zachodzi kluczowe – tak dla metafizyki, jak i teologii – zetknięcie się skończoności z Nieskończonością. Skończoność przyjmuje Nieskończoność, ta ostatnia udziela się skończoności. Bóg objawia się człowiekowi, a ten przyjmuje Boga. Jaką w tym rolę odgrywają słowo i melodia? Są zwiastunem Nieskończoności. Słowo obwieszcza ją słuchającemu go człowiekowi. Ten natomiast wyraża swoje z nim spotkanie melodią. To, co najważniejsze, dzieje się między słowem a człowiekiem. Pozostaje jednak niewypowiedziane. Melodia chce dzielić się tym niewypowiedzianym. Troszczy się o to, by kontakt z Nieskończonością – z Bogiem – nie został tylko czyjąś osobistą sprawą. Bo taki jest przecież ostateczny sens spotkania Nieskończoności ze skończonością, Boga z człowiekiem: zawsze chce być szansą pozostawienia trwałych śladów w świecie uwikłanym w ograniczoność i skończoność. Tak więc to, co w tym spotkaniu osobiste, musi promieniować. Uprzywilejowanym sposobem tego dzielenia się jest właśnie melodia – dyskretna, zwinna i zwiewna posłanniczka Nieskończoności. Zarazem jest tak delikatna, iż nie wiadomo, czy bliżej jej do Boga, czy do człowieka.

Czy możliwe jest uchwycenie momentu, w którym podczas spotkania człowieka ze Słowem powstaje melodia? Na pewno nie w pełni. Samo to spotkanie w dużej mierze musi pozostać niewypowiedziane. Jeśli tak, to cóż powiedzieć o jego tak ulotnych owocach! Wiedząc wszakże, że melodie chorałowe powstawały do tekstów Pisma Świętego – i że działo się to w czasach szczególnej z tekstami tymi zażyłości, jako że Pismo Święte w pierwszych wiekach chrześcijaństwa było zasadniczym źródłem modlitwy – możemy spojrzeć na nie w świetle praktyki czytania Biblii w ówczesnym Kościele. Tekst biblijny był bowiem punktem wyjścia do szczególnej aktywności myśli, wyobraźni i ducha dobrze znanych i opisanych już przez pierwszych autorów starożytności chrześcijańskiej. Ta praktyka modlitewna znana była jako tak zwane lectio divina, czyli „Boże czytanie”. Niewykluczone, że korzeniami swymi sięga ona jeszcze tradycji starotestamentalnej. Dla tradycji chrześcijańskiej opisał ją Orygenes, który – jak wiadomo – wiele ze swej biblijnej wiedzy i kultury zaczerpnął od, skądinąd dobrze obeznanego z przedchrześcijańską tradycją biblijną Żyda, Filona z Aleksandrii. Lectio divina od początku swego istnienia gorliwie i twórczo praktykowali pierwsi mnisi. Klasyczny jej opis znajduje się w pochodzącym z połowy XII wieku liście o życiu kontemplacyjnym, napisanym przez kartuza, Guigona z Wielkiej Kartuzji, do brata Gerwazego z kartuzji Mont-Dieu. List ten nosi wymowny tytuł: Drabina mnichów.

Zresztą ta praktyka modlitwy do dnia dzisiejszego jest obecna i rozwijana w klasztorach monastycznych. Zarazem pomału staje się również drogą modlitwy dla osób świeckich.  Odniesienie się do tej praktyki jest o tyle ważne, iż dotyczy ona tego, co dzieje się ze słowem podczas jego lektury. Bez wątpienia jest to nowy i ważny przyczółek dla współczesnego rozumienia przeżywania chorału.

Jeśli, jak wspomnieliśmy, melodia jest wyrazem osobistego spotkania ze słowem, z natury rzeczy zdaje się jakoś być spokrewniona z lectio divina. Dotykamy tak delikatnych i intymnych spraw, że jakiekolwiek stwierdzenia na ich temat pozostać muszą domysłem, a raczej celowym niedopowiedzeniem, otwarciem, sugestią. Tak należy podchodzić do zasadniczej tezy obecnego rozdziału naszych rozważań, mówiącej, iż melodia kompozycji chorałowej jest wyrazem (śladem?) lectio divina odbytej przez anonimowego autora nad tekstem, któremu towarzyszy. Nawet jeśli miałoby to pozostać jedynie hipotezą, trzeba wziąć pod uwagę, że powyższa teza może odnosić się również do każdej – w tym też współczesnej – próby odczytania, zrozumienia i interpretacji melodii chorałowej w kluczu tekstu, któremu towarzyszy. Jest to zarazem otwarcie możliwości spotkania teologii duchowości z analizą muzyczną.

Szanując specyfikę – by nie rzec tajemnicę – samego procesu twórczego, spróbujmy go odnieść do podstawowego schematu lectio divina. Klasycznie składał się on z czterech elementów: lectio (czytanie) – meditatio (medytacja) – oratio (modlitwa) – contemplatio (kontemplacja). Stanowiły one płynne rozwinięcie momentu samego czytania praktykowanego nie tylko jako zapoznanie się z jakąś treścią, lecz jako głębsza interakcja z tekstem – delektowanie się nim i rozważanie, wręcz roztrząsanie go na różne sposoby. Wyżej wspomniany kartuz Guigo opisuje to w następujący sposób:

Czytanie szuka słodyczy życia szczęśliwego, rozmyślanie ją znajduje, modlitwa o nią prosi, kontemplacja odnajduje jej smak. Czytanie podnosi ją do ust niby pożywny pokarm, rozmyślanie żuje i rozdrabnia, modlitwa dochodzi do smaku, a kontemplacja jest samą słodyczą, która raduje i krzepi. Czytanie [zajmuje się] łupiną, rozmyślanie – miąższem, modlitwa wyraża tęsknotę, kontemplacja raduje się z osiągniętej słodyczy.

Tekst ten jakby zbiera bogatą i głęboką tradycję starożytnego monastycyzmu związaną z praktyką obcowania ze słowem Bożym. Mnich, aby osiągnąć będący celem jego życia stan pokoju, wchodził w zażyłość z tekstem biblijnym (stanowiącym, jak wspominaliśmy, zasadniczą „bazę” dla modlitwy), nasycając jego obecnością swoją codzienność i całego siebie. Działo się to – tak w wymiarze wspólnotowego oficjum, jak i w czasie osobistych ćwiczeń – poprzez częste i systematyczne recytowanie tekstów biblijnych, nierzadko śpiew, nade wszystko zaś poprzez ich powtarzanie. Pierwotnie właśnie to oznaczała praktyka medytacji, często określana wymownym terminem (obecnym również w zacytowanym tekście) ruminatio, czyli dosłownie „przeżuwanie”. Chodziło o to, by dana fraza a nawet pojedyncze słowa jak najpełniej wniknęły do serca, wyobraźni, pamięci – by wręcz zacząć myśleć tekstem biblijnym. Nierzadko mnisi znali na pamięć całą Biblię lub przynajmniej znaczne jej fragmenty. Tradycja przekazała taką informację o św. Didymie Ślepym (w jego przypadku pamięciowa znajomość Biblii jest zresztą całkowicie zrozumiała). Czytając najstarsze teksty o mnichach (Apoftegmaty) czy nawet Regułę św. Benedykta, dostrzegamy, jak bardzo mnisi byli zżyci z biblijnym tekstem. Tak przenikał ich życie, że w wielu rozmaitych sytuacjach potrafili znaleźć odniesienie często do bardzo wyszukanych i zazwyczaj nad wyraz trafnych fragmentów biblijnych. Nie chodzi tylko o to, że były to rzadko cytowane fragmenty. Uderza niezwykłość skojarzeń łączących je z życiem. Dawni mnisi bardzo sprawnie poruszali się po całej praktycznie Biblii, przechodząc swobodnie od jednego miejsca do drugiego, wzbogacając i rozwijając je sobą nawzajem. W pewnym sensie myśleli frazami, pojęciami czy obrazami biblijnymi. W pozostawionych przez nich tekstach trudno oddzielić, co pochodzi bezpośrednio z Biblii, a co jest ich osobistym wkładem. Oba wymiary dyskursu tworzą nierozerwalną całość. Wymownym tego przykładem jest sugestywne stwierdzenie św. Benedykta, pojawiające się dwukrotnie w tekście jego Reguły. Niewątpliwie brzmi w nich echo komentarzy biblijnych Ojców Pustyni, a mówi ono o „rozbijaniu wszystkich złych myśli o Chrystusa jak o skałę (RegBen Prl 28; IV, 50)”. Jak podają komentatorzy, jest to aluzja do co najmniej dwóch miejsc w Piśmie św., odczytywanych chrystologicznie. Pierwszym z nich jest dziewiąty, ostatni werset psalmu 137 [136], będący wołaniem do Babilonu, krainy wygnania Izraela:  „Szczęśliwy, kto pochwyci i rozbije o skałę twe dzieci”. W tym drastycznym obrazie Babilon rozumiano jako siedlisko, wręcz uosobienie zła (szatana). Dziećmi Babilonu miały natomiast być złe czyny. W takim kluczu drastyczna czynność nabiera zupełnie innego, pozytywnego znaczenia. Wyraża pasję zwalczania grzechu. Pozytywny obraz skały odnajdujemy z kolei w Księdze Liczb (Lb 20, 8-11). Mojżesz, uderzając w skałę, powoduje wypłynięcie z niej wody, dzięki czemu wędrujący przez pustynię i tracący już cierpliwość lud Izraela może ugasić pragnienie. Obraz dającej zbawienie skały podejmują niektóre psalmy. Psalm 81 w wersecie 17 mówi o syceniu miodem z opoki. Bezpośrednio zaś do Chrystusa obraz ten odnosi 1 List do Koryntian: i pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im duchowej skały, a skałą był Chrystus (1 Kor 10, 4). Z takiej mozaiki skojarzeń powstaje, jak widzimy, cały dyskurs teologiczny, ukazujący konkretną, zbawczą perspektywę w niełatwej sytuacji życiowej jaką jest natręctwo złych myśli. Ten przykład pokazuje w jaki sposób wrażliwość, myśl i wyobraźnia spotykają się ze słowem Bożym. W tym, rzeklibyśmy, że w dużej mierze intuicyjnym szukaniu skojarzeń powstaje nowa jakość – przesłanie teologiczne i egzystencjalne, będące śladem dotknięcia Nieskończoności – spotkania z samym Bogiem. Praktycznie wszystko zawiązuje się i rozgrywa na poziomie świadomości, wyobraźni a w dużej mierze jakiegoś duchowego przeczucia.

Na ile pierwsi mnisi w taki sposób mogli przeżywać swój kontakt ze słowem Bożym, pozostanie bardziej sprawą domysłów niż udokumentowanych stwierdzeń. By oddać sprawiedliwość historii konieczne jest odnotowanie w tym miejscu pewnego, skądinąd zastanawiającego faktu. Dla pierwszych mnichów śpiew nie zawsze był czymś jednoznacznie pozytywnym. Niektórzy z nich byli wobec niego podejrzliwi, jeśli wręcz nie niechętni. Ewagriusz z Pontu mówi o śpiewach diabelskich, o śpiewie demonów czytamy w Żywocie Antoniego, Abba Pambo nie tylko krytykował tropariony czy pieśni kościelne, lecz uważał wręcz, że muzyka przeciwna jest łzom i skrusze serca, przyrównując mnichów śpiewających hymny i intonujących psalmy do ryczących wołów. Trzeba dodać, że chodziło tam zasadniczo o śpiewanie psalmów, co określano nieprzetłumaczalnym dokładnie na język polski słowem psallein. Nawet sam św. Augustyn przyznał w Wyznaniach wyższość recytacji psalmu na jednym tonie nad jego śpiewaniem.

Historia zachowała jednak także pozytywne wypowiedzi mnichów na ten temat. Wspomniany wyżej Ewagriusz przyznawał, że śpiew psalmów uspakaja gwałtowną porywczość Zdaniem Hyperechiosa mnich, który czuwa śpiewając psalmy, hymny i pieśni duchowne odpędzi złudy nocne, powoduje zaś przyjaźń duchową śpiewając psalmy mądrze i bez przerwy. Wielu Ojców Kościoła – jak choćby Jan Chryzostom, Nicet z Remezjany, Atanazy czy Bazyli – bardzo malowniczo i sugestywnie pisali w kontekście melodycznym o psalmodii. Dla przykładu przytoczmy słowa św. Bazylego Wielkiego, do którego pism odwoływał się w zakończeniu swej Reguły św. Benedykt:

Kiedy bowiem Duch Święty ujrzał, że rodzaj ludzki z trudem daje się prowadzić do cnoty, a przez skłonność do przyjemności, zaniedbujemy cnotliwe życie, coż uczynił? Otóż domieszał do nauki urok melodii, abyśmy poprzez delikatność i łagodność dźwięku przyjęli niepostrzeżenie dobrodziejstwo zawarte w słowach. [Uczynił tak] na podobieństwo mądrych lekarzy, którzy podając grymaszącym chorym bardzo gorzkie lekarstwa, często smarują brzegi kielicha miodem. Po to więc zostały dla nas obmyślone owe dźwięczne melodie psalmów, aby dzieci, lub w ogóle osoby niedojrzałego charakteru, gdy wydaje im się, że tylko śpiewają, w rzeczywistości kształcili swoje dusze. Nie zdarzyło się zgoła, by ktoś z tak wielu lekkomyślnych [słuchaczy] odszedł zachowując bez trudu w pamięci zalecenia apostołów lub proroków, natomiast przepowiednie psalmów i w domach śpiewają i na targu rozgłaszają. Również jeśli ktoś opanowany zwierzęcym gniewem poddany zostanie czarowi psalmodii, odchodzi zaraz uśmierzywszy dzikość duszy przy pomocy śpiewu.

Zastanawiające i zagadkowe jest docenianie i świadome wykorzystywanie melodii w czasie liturgii na Zachodzie Europy – zwłaszcza przez św. Ambrożego. Reguła św. Benedykta potwierdza, że z pewnością dotyczyło to także środowisk monastycznych. Fakt ten w pewnym sensie tłumaczyłby, dlaczego chorał gregoriański powstał na chrześcijańskim Zachodzie.

Sam moment przejścia od określonego tekstu do innych, powiązania go z nimi – a potem z życiem – w jakąś nową całość, jest głównym nurtem lectio divina. Nie jest wszakże jego końcem! W medytacji nie chodzi bowiem jedynie o wytworzenie nowych treści teologicznych. Tak rozumiana miałaby charakter czysto pragmatyczny, by nie rzec instrumentalny. Jak podaliśmy wyżej, medytacja prowadzi do modlitwy. W którym momencie jedna przechodzi w drugą, pozostanie zawsze sprawą indywidualną. Modlitwa to osobiste, bezpośrednie zwrócenie się do Boga, a dzieje się ono w przestrzeni świętego tekstu. On właśnie staje się drogą do Boga i skierowanymi ku Niemu słowami. Jeśli medytację określilibyśmy jako czynność na swój sposób mechaniczną, wynikłą z wysiłku podejmującej ją osoby i zakładającą jakieś aktywne działanie (powtarzanie, analiza myślowa, praca pamięci – wszystko pozostające wszakże na poziomie naturalnym), modlitwa byłaby  pójściem dalej, w nieznane: „odbiciem się” od możliwych do uzyskania w czasie medytacji „podpórek”. Tutaj – a i w samym momencie przejścia od medytacji do modlitwy – zaczyna się bardzo uprzywilejowany moment działania łaski. Oczywiście, z samej swej natury działa ona wszędzie i jest niczym nieskrępowana, jednakże momentem, w którym zdajemy się być na nią najbardziej podatni, jest skupienie i zaangażowanie modlitewne. Łaska jest odpowiedzialna za to, co najbardziej osobiste, najważniejsze i najpiękniejsze w modlitwie – za rozpoczynające się właśnie „Niewypowiedziane” w naszym spotkaniu ze słowem. Modlitwa jest owocem zarazem wysiłku i łaski. Jest bezpośrednim spotkaniem – rozmową – człowieka z Bogiem. Wymaga przygotowania, choć nie przestaje być efektem działania łaski. Jest samym sednem tajemniczej więzi człowieka ze Słowem, najprawdziwszym i najistotniejszym odniesieniem się do tego Słowa. Jesteśmy w niej najbliżej człowieka i najbliżej Boga – najbliżej prawdy o życiu. Ostatecznym celem medytacji nie jest więc jakiś konkretny  poznawczy efekt. Ma ona prowadzić do modlitwy, która z kolei jest zwróceniem się ku Bogu, a czy z prośbą, uwielbieniem, przeproszeniem, dziękczynieniem, to już sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest ukierunkowanie się i aktywne otwarcie człowieka na Boga. Prowadzi ono bowiem bezpośrednio do kolejnego etapu lectio divina, który można określić jako „zamieszkanie” czy „zadomowienie się” w czytanym i medytowanym tekście. Jest to rodzaj odprężenia, bierności, jakiegoś spełnienia, które najlepiej można zrozumieć jako doświadczenie Bożej obecności. Bóg odpowiada na modlitwę człowieka. Dominikanie mottem swej działalności czynią „przekazywanie innym (owoców) swej kontemplacji” (contemplata aliis tradere). Cała teologia monastyczna (ze św. Anzelmem i św. Bernardem na czele) w podobny sposób ewidentnie wyrastała z lectio divina. Powstający w ten sposób dyskurs teologiczny był jednak tylko „produktem pobocznym” głęboko przeżytej medytacji, która nie wiedzieć kiedy przechodziła w modlitwę i w kontemplację. Najistotniejsza była zawiązująca się i wzmacniająca osobista więź z Bogiem. I o to przede wszystkim w lectio divina chodziło.  Wszystko inne mogło, ale nie musiało, z niej wynikać.

Podobnie jak teologia, „pobocznym produktem” kontemplacji może być – i jest – melodia. Chodzi nam zasadniczo o melodię chorałową, co oczywiście nie wyklucza powstawania z doświadczenia kontemplacyjnego innych! Czy można jednak określić, w którym momencie spotkania ze słowem ona powstanie? Ujmując rzecz historycznie, można spytać, czy i jak pierwsi mnisi, protagoniści lectio divina, śpiewali?

Już samo oddanie się lekturze może doprowadzić do tego, iż słowo zacznie samo śpiewać. A przy medytacji – czyż melodia nie będzie wyrazem pracy w słowie, nad nim? Najsilniej uwydatnia się jej związek z pojedynczym słowem, które próbuje opisać, zinterpretować czy symbolizować nawet na przestrzeni kilkudziesięciu dźwięków. Wpisane w dane słowo – a może raczej na nim opisane – linie melodii wydają się być jakimś śladem ruchów myśli, wyobraźni, pasmami skojarzeń orientujących się ku górze lub dołowi, intensywnymi lub delikatnymi. Łączą one słowa, wyprowadzając z nich istotę sensu, lecz nierzadko i coś więcej – nadają im wręcz nowe horyzonty znaczeń, unosząc je ponad siebie. Tak stają się one pretekstem dla melodii, która od nich wychodząc, przekracza ich naturalne granice. Stąd blisko do modlitwy – tej najprawdziwszej, bo niemożliwej do wyrażenia słowami, będącej już dziełem Ducha (Rz 8,26) i, nie wiedzieć kiedy, stającej się kontemplacją. Bo, co zresztą potwierdzali najwięksi kompozytorzy, najpiękniejsze melodie przychodzą z zewnątrz. Rodzą się z kontemplacji, jako Dar słowa, owoc głębokiej z nim zażyłości. Dlatego mamy w chorale takie bogactwo melodii – jakby Pan Bóg dbał o to, by Jego słowa jak najlepiej docierały do człowieka; by były jak najskuteczniejsze. Melodia jest w chorale stałym świadkiem i znakiem spotkania ze słowem. W pewnym sensie jest mikro-teologią, pierwszą interpretatorką słowa.

Odwołując się do przytoczonego wyżej motta dominikańskiego, stwierdzić można, że w chorale melodia byłaby dzieleniem się owocami kontemplacji. Zarysowuje się tu pewne pokrewieństwo teologii i muzyki, a zarazem ich niewystarczalność. Obie wynikają z osobistego spotkania ze słowem. Każda jednak przynosi jego owoce na swój sposób. Czym się różnią? Która, gdzie i jak dotyka najwrażliwszego i najbardziej tajemniczego miejsca zetknięcia się skończoności z Nieskończonością; człowieka z Bogiem? Na pytania te nie ma satysfakcjonującej odpowiedzi. Jedyny trop, którym można podążyć, to stosunek do tego, co Niewypowiedziane, a konkretnie do Słowa. Teologia „skazana” jest na słowo. W tej sytuacji  szansą muzyki jest to, że poza nie sięga, tym śmielej „porywając się” na Niewypowiedziane. W tym tkwi jej siła i głębia. Ośmiela to do postawienia tezy, że muzyka ze swej natury lepiej odda tajemnicę spotkania ze słowem niż teologia. Oczywiście, żadna z nich nie uchwyci istoty tej Tajemnicy. Do tego, co jest poza; ponad słowem, bez wątpienia bliżej będzie jednak poza- i ponad-słownemu przekazowi muzyki niż, z konieczności „uwikłanej” w słowach, teologii. Bynajmniej nie chodzi tu o przeprowadzenie niekoniecznie uzasadnionych i nie wiadomo dokąd prowadzących porównań. W kontemplacji dochodzimy wszakże najdalej w relacji człowieka z Bogiem – do rzeczywistej, obustronnej więzi, będącej czymś więcej niż jedynie wymianą myśli czy słów: dochodzimy do doświadczania obecności.

Choć – jak wspomnieliśmy – kontemplacja nie jest uwarunkowana ani czytaniem, ani medytacją, ani modlitwą, są one wszakże jej zwiastunkami i przyjaciółkami. Ona sama zaś stoi w połowie drogi ludzkich starań i łaski, swobodnie przechodząc pomiędzy nimi. W pewnym sensie bierze w posiadanie całego człowieka, tak w jego aktywności, jak i bierności; zarówno w jego wymiarze psycho-fizycznym, jak i egzystencjalnym.  Dlatego jest tak cenna dla teologii. Nie tylko ją i do niej podprowadza, przygotowuje jej refleksję, ale asystuje przy jej powstaniu, by ostatecznie jako pierwsza skorzystać z jej owoców. Kontemplacja w takim ujęciu jest bliźniaczą siostrą, by nie rzec alter ego, teologii. Jak to ujmuje J. Leclercq:

Kontemplacja jest ze swej istoty aktem wiary, nadziei i miłości. Nie jest więc ostatecznie dyskursywną czynnością umysłu, nie jest skutkiem wiedzy zebranej dzięki studiom i nie zmierza do powiększenia teoretycznej wiedzy. Jej zadaniem jest podtrzymywać miłość w takich formach, jakie ona przyjmuje podczas oczekiwania na szczęście niebieskie: posiadania w ciemności, posiadania przez pragnienie. Ponieważ kontemplacja w pewnym sensie tego słowa jest posiadaniem w świetle, zrealizuje się ona dopiero w niebie; na ziemi jest niemożliwa.

Zarysowując trzy zasadnicze etapy lectio divina w wymiarze indywidualnym, nie można nie odnieść go do wymiaru wspólnotowego. Pomaga nam w tym tradycja Kościołów wschodnich, gdzie szczególne znaczenie ma liturgia. Jako najpełniejsza, obiektywna, bo publiczna i wspólnotowa modlitwa staje się ona naturalnym łącznikiem między teologią a kontemplacją, czytaniem a medytacją. Liturgia łączy to, co w doświadczeniu spotkania z Bogiem osobiste ze wspólnotowym, spaja przeszłość i tradycję Kościoła z ukierunkowaną ku przyszłości teraźniejszością. Taka była rola liturgii od początku dziejów Kościoła i należy to w naszych rozważaniach mocno podkreślić, choćby z uwagi na w pierwszym rzędzie liturgiczny charakter śpiewu chorałowego. Przy tej okazji warto też zauważyć, że z rozmaitych powodów – głównie historycznych i społecznych (których rozważanie wykracza poza zakres naszej refleksji) – Kościół zachodni praktycznie rozdzielił dyskurs teologiczny od liturgii. To połączenie w pierwszych wiekach Kościoła było czymś naturalnym, a i obecnie pozostaje charakterystyczne dla Kościołów wschodnich. Tu mamy bardzo ważne dopełnienie dotychczas omawianego indywidualnego rozumienia lectio divina. Teologia, liturgia, chorał – to nie tylko sprawa takich czy innych przeżyć lub doświadczeń jednostkowych. Jest to, rzec można, przestrzeń obiektywizacji spotkania wiernych ze słowem. Wyraziście ujmuje to J. Piqué Collado:

Z relacji muzyki ze słowem i z tekstami liturgicznymi można zrozumieć, że muzyka, w pewnym sensie, staje się pierwszym hermeneutą celebrowanego słowa i w pewien sposób pozwala nam smakować słowo, prowadzi nas do kontemplacji i podziwiania sprawowanej w liturgii Tajemnicy. Wystarczy zwrócić uwagę na niektóre melodie gregoriańskie, aby dostrzec, jak intymna jest tam więź melodii z tekstem i jak mądrze muzyka podkreśla znaczenie tekstu. Hymnodia gregoriańska, z rozkładem tonów i swymi zmianami wyraża i tworzy przestrzeń dla refleksji, medytacji (ruminatio) tekstów, które Kościół wkłada w usta wiernych, aby uświęcić czas.

Właśnie w ich sferze dokonuje się najpełniej wspomniane przez nas powyżej dzielenie się własnym spotkaniem ze słowem. To, co jednostkowe, ożywa i spełnia swoje zadanie dopiero w wymiarze wspólnotowym. Wspólnota weryfikuje i uwiarygodnia doświadczenie jednostki, a wszystko to dzieje się w czasie. W takim kontekście chorał okazuje się uprzywilejowanym miejscem aktualizowania się i doświadczania Kościoła – tak w liturgii, jak i w całej rozciągłości Tradycji.

Jak to się ma do melodii? Ujmując rzecz najprościej, a raczej reasumując nasze poprzednie rozważania, stwierdzamy, że melodia chorałowa jest wyrazem medytacji, modlitwy i kontemplacji. Zbiera tym samym w sobie wszystkie wymiary duchowego doświadczania liturgii, sama pozostając śladem i świadectwem doświadczenia anonimowego dla nas autora. Jest rezonansem modlitwy i kontemplacji wyrastających bezpośrednio z lektury i medytacji tekstu biblijnego. Jest ona jednocześnie śladem i świadectwem wielu wieków modlitwy Kościoła, który dalej szedł śladami tego źródłowego jednostkowego doświadczenia modlitewnego, podejmując je, pogłębiając i rozwijając. Jest to zarazem zaproszenie dla nas – ludzi współczesnych – do dopisania swojej karty w dziejach danej melodii, czy to w jej interpretacji teoretycznej, wykonaniu, przeżyciu estetycznym czy duchowym. Melodia chorałowa na tyle żyje, na ile otwiera nowe przestrzenie modlitwy i do nich wprowadza. W tym rozumieniu jest ona niestrudzoną pośredniczką pomiędzy człowiekiem a słowem, miedzy skończonością ludzkiego życia a Nieskończonością naszych tęsknot i pragnień, między Kościołem a Bogiem.  Na dalszych stronach niniejszych rozważań będziemy próbowali to ukazać z bliska. W tym momencie zaznaczmy jedynie kierunek rozumienia melodii jako modlitwy, co jest o tyle ważne, że melodia nie jest jedynie domeną chorału. Być może jej teologiczne rozumienie ukaże nowe aspekty muzyki niechorałowej – w naszym ujęciu, jak pamiętamy, zasadniczo wynikającej, w kontekście zachodnio-europejskim, z chorału. Ta teologiczna (a więc medytacyjna, kontemplatywna i modlitewna) geneza melodii raz po raz powraca w dziejach muzyki jako tęsknota, postulat, przeczucie. I dzieje się to nie tylko w muzyce kompozytorów bezpośrednio podejmujących tematy religijne (msze, motety, oratoria powstające przecież tak obficie w epoce post-chorałowej), ale i w utworach nie wiążących się bezpośrednio z religią. Melodia sama w sobie ma zawsze taką moc, że wyrywa się gdzieś dalej i wyżej. Nie może tak po prostu funkcjonować w formach i strukturach wymyślonych nawet przez najbardziej genialnego twórcę. Zawsze będzie wyrazicielką najskrytszych – i zarazem najpiękniejszych – dążeń i tęsknot człowieka. Kto wie, może melodyczna wrażliwość na nie jest znamieniem muzycznego geniuszu?

W tym miejscu odsłania się szeroka perspektywa mistyki, czy raczej teologii melodii, niewątpliwie przez wielu z nas intuicyjnie przeczuwana i przeżywana, a dzisiaj aż prosząca się o wnikliwsze i pełniejsze opracowanie. Ethos i ekspresja motywów Giovanniego Pierluigiego da Palestrina, Orlanda di Lasso czy Gesualda da Venosa, przesycone nie tylko retoryką epoki, ale i głęboką osobistą pobożnością motywy i tematy melodyczne Jana Sebastiana Bacha, czyste i bezpośrednie w swojej teologalności melodie Mozarta, dogłębnie ludzkie i szczerze otwarte na Nieskończoność melodie Chopina, Schuberta, Schumanna, Brahmsa czy Rachmaninowa – wszystkie spotykają się gdzieś u źródeł z chorałem, a raczej z tyleż egzystencjalnym, co teologicznym archetypem jego melodii. Ona, pełniąc funkcję wyrazu egzystencjalnej sytuacji człowieka – jego ograniczeń, problemów, tęsknot i marzeń – wydaje się samym rdzeniem muzyki (nie tylko zachodnioeuropejskiej!).  Właśnie tak rozumiana przekazuje najwięcej z ludzkich spraw, niestrudzenie i niezmiennie prowadząc nas poza i ponad doczesność. W takim układzie dostrzegamy nowy aspekt znaczenia chorału: jest on najbliżej sensu melodii, pozwala podpatrzyć jej tajemnicę – najbardziej i naturalnie dostępną w liturgii, bardziej natomiast ukrytą w melodiach rodzących się poza liturgią.

Nie zapominajmy jednak, że u początków melodii jest spotkanie z tekstem. Tym najważniejszym, biblijnym, kluczowym dla naszego życia. Jest to wyzwanie dla melodii. Z jednej strony ma ona przywilej uczestniczenia w najważniejszych sprawach ludzkiego życia. Z drugiej – musi pozostać pokorna i nieustannie odsyłać poza siebie. Nie bez znaczenia jest też przyjęte przez nas założenie teologicznego kontekstu egzystencji człowieka, która znajduje swój sens, odnosząc się do tekstu, który pośredniczy w kontakcie z Nieskończonością – i która musi się doń odnosić. Założenie to wypływa wprost z kontekstu wiary, która jest przecież także zasadniczym uwarunkowaniem chorału. Ostatecznie kontekst ten jest sprawą wyboru każdego, kto staje wobec zasadniczych pytań o sens swego życia. Albo wchodzi na drogę wiary, ze wszystkimi jego konsekwencjami, albo nie. Niezależnie od tego wyboru – ale i, w pewnym sensie, jako jego punkt odniesienia – pozostaje bogactwo melodii chorałowych. Jak próbowaliśmy pokazać, są one owocem spotkania z biblijnym tekstem w przestrzeni wiary. Jeżeli motywy tych melodii są nam bliskie, jeśli pozostawiają trwały ślad w naszej duszy, wygląda na to, że przez nie powinno nam być bliżej do rozumienia sensu życia, wiary, Biblii. A można to poznać po przesyconym tajemniczą tęsknotą pokoju, który przynoszą tylko najpiękniejsze melodie.

W niektórych opisach schematu lectio divina do wymienionych przez nas elementów dodaje się jeszcze jeden – actio (działanie). Spotkanie ze słowem Bożym, aktualizujące się przez medytację, modlitwę i kontemplację, nieuchronnie musi prowadzić do czynu. Jak to jest możliwe w przypadku chorału? Niewątpliwie już sam fakt powstania kompozycji chorałowej jest takim właśnie czynem – autor w pewnym sensie zdecydował się zapisać swoje przeżycia duchowe. Uczynił to pośrednio lub bezpośrednio, bardziej lub mniej świadomie. Tak naprawdę nigdy nie dowiemy się, jak to się stało. Pozostaje melodia, która towarzyszy określonemu tekstowi i sugeruje słuchaczowi – czy wręcz wyraża – podejście do tekstu. W niej samej jest już z natury rzeczy zawarty pewien dynamizm – jest określoną pracą, pierwszym, bezpośrednim refleksem tekstu. Istnieje też wszakże i drugi wymiar actio – bardziej dyskretny, ale w sumie nieograniczony. Jest nim wszystko, co wpływa na nas mobilizująco po wysłuchaniu i przeżyciu melodii gregoriańskiej: wszelka energia, imperatyw, pociecha, zachęta, uskrzydlenie. Chodzi tu o poruszenie chorałem. Czy i kiedy można o nim mówić? Jeśli tak, to co ono znaczy? Porusza każda muzyka. Wiele z jej rodzajów, zwłaszcza tych dostępnych dzisiaj masowo, chce poruszyć natychmiast i za wszelką cenę. Zwykle w takich przypadkach efekt nie jest trwały. Szukamy więc kolejnych bodźców – nie tylko nowszych, ale coraz mocniejszych. Trafnie i wnikliwie opisuje to H.-G. Heimbrock:

Dźwięki kreują przed wewnętrznym okiem człowieka rozmaite wyobrażenia, skojarzenia i obrazy, jednakże wraz z jakimś odczuciem czy nastrojem wolności, uniesienia, rozwiązania, lekkości – jak też i ciężaru, smutku czy zagrożenia chaosem. Ludzie przeżywają i interpretują nie wszystkie święte słowa i teksty religijne, lecz – między innymi poprzez odbiór określonych dźwięków i przez wywołane przez nie nastroje, kierujące do doświadczenia religijnego.

Chorał, będąc zjawiskiem muzycznym wpisującym się w powyższy mechanizm, jednocześnie jest jakby na jego przeciwnym biegunie takich tendencji. Chce i może poruszyć bardziej niż jakakolwiek inna muzyka. By się jednak to stało, potrzebuje czasu, uwagi, wysiłku. Musi wniknąć głęboko. Dlatego jakby wręcz wymagał przejścia wszystkich etapów lectio divina. Jeśli jednak to się stanie, pozostawi trwały ślad – przeniknie całego człowieka. Stanie się nieodłącznym towarzyszem swego wiernego i uważnego słuchacza. Dany motyw, określona melodia czy jej fragment pozostają w pamięci.  Mogą przywołać towarzyszące sobie słowo, ale – chyba częściej – poruszenie, radość, żarliwość spotkania ze słowem na jednym z etapów lectio divina, którego były świadkiem i które utrwaliły. I teraz, przypominając je, próbują przenieść ten zatrzymany ślad doświadczenia duchowego (a może należałoby rzec: mistycznego) do zwykłego życia – niczym arka przymierza, albo zabłąkana, bezprawnie zatrzymana (lub zesłana na pociechę) cząstka z innego, lepszego świata. Przynosi nadzieję i budzi entuzjazm. A jej działanie jest możliwe tylko z racji jej niezwykłości i szlachetności zrodzonej ze spotkania w chorałowej melodii wysiłku człowieka z łaską, wyrazistości z delikatnością, prostoty z wyrafinowaniem. Owoc melodii chorałowej pozostaje w sercu jako imperatyw, jako entuzjazm i żarliwość aktywnego podjęcia wezwania tęsknoty, nieustannie podtrzymywany tak przez pamięć serca, jak i przez każde kolejne usłyszenie melodii. Słuchanie jest jakby zwierciadłem, w którym odbija się kształt lectio divina. Zachęca ono i niesie. W chwilach zwątpienia daje oparcie, ożywia zamarłe w naszych sercach słowo. Jest ostatecznym rozesłaniem, misją. Jest zarodkiem działania (actionis) przeniesionym z Góry Przemienienia naszej medytacji, modlitwy i kontemplacji w codzienność życia, niebiańskim nasieniem wsiewanym w rolę ziemskich spraw.

Zillessen pisze:

Słuchanie jest wyobrażeniową komunikacją, która bierze na siebie przedstawienia, obrazy, potrzeby procesów słuchowych, w których pozwalają one się głosowi (muzyce) dotykać, uwodzić, poruszać, stymulować czy motywować.

Taka jest ostateczna perspektywa celebrowania słowa przez melodię chorałową: staje się ona pieśnią pielgrzyma, śpiewem żeńców czy pracowników winnicy. Włącza się tym samym w kosmiczny krąg brzmień i harmonii, w którym każdy z nas ma odśpiewać pieśń, która jest jemu wyłącznie przypisana – niezależnie od swoich umiejętności czy zdolności muzycznych. Wymownie ujmuje to św. Augustyn w Kazaniu 256:

A więc śpiewajmy, bracia, nie w radości spoczynku, lecz szukając ulgi w trudzie. Śpiewajmy tak, jak w drodze się śpiewa, idąc naprzód. Trud przezwyciężaj śpiewem, nie pogrążaj się w opieszałości. Śpiewaj i nie ustawaj w drodze. Cóż to znaczy, nie ustawaj? Postępuj naprzód, w dobrym postępuj!

A w swym Komentarzu do Psalmu 32 dodaje:

Nie wysilaj się na słowa, jak gdyby zdolne one były ująć Boga swoim wdziękiem. Śpiewaj Mu z uniesieniem, bo tak właśnie należy śpiewać przed Panem. A cóż to znaczy? Jest to zrozumienie, iż śpiew serca nie da się wyrazić słowami. Przy żniwie czy winobraniu lub innej porywającej pracy ci, którzy się jej oddają, wyrażają swą radość przy wtórze pieśni; ale wnet ogarnięci nadmiarem wesela, zaniechają słów i tylko wykrzykują w uniesieniu.

W ostatecznej więc perspektywie chorał okazuje się szczególnym miejscem naszego spotkania ze słowem Bożym. Śpiewany, obecny w celebracji, niesiony w pamięci i w sercu pozwala na przenikanie się modlitwy z ludzką egzystencją, jako – oczywiście nie jedyna, ale uprzywilejowana, by nie rzec: najczystsza –  forma wyrażenia tęsknoty człowieka za Bogiem. Tutaj jego naturalna i organiczna bliskość ze słowem znajduje dopełnienie i rozwinięcie w misji zapośredniczenia. Zrodzona z bliskości słowa melodia chorałowa chce tę bliskość zapośredniczyć i jak najwierniej przekazać swemu słuchaczowi. Dlatego chce wzbudzić w nim ten zachwyt, którym sama rezonuje po zetknięciu ze słowem. A po obu stronach tego przekazu stoją niepowtarzalne i autentyczne doświadczenia spotkania człowieka z Bogiem. Poprzez historię, ale i w przestrzeni celebracji mogą one, dzięki chorałowi, nie tylko się nawzajem pozdrowić, ale i tu, na ziemi, połączonym wysiłkiem uchylić szerzej drzwi do raju. I to jest istota tajemnicy melodii chorałowej: unosząc duszę, oczyszcza ją z tego wszystkiego, co nie jest Bogiem. Łagodzi jej namiętności, „skraplając” je w jedyną miłość, która uzdalnia do świętości.


Bernard Sawicki OSB „W chorale jest wszystko”

Zobacz inne publikacje Autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl