Ciągle narzekamy… Czy potrafimy dzisiaj mówić o SZCZĘŚCIU?

Kościół często przypomina nam stwierdzenie: „wiara umacnia się, kiedy jest przekazywana”. W związku z tym mimo woli rodzi się pytanie: a co my w Polsce najczęściej przekazujemy? I odpowiedź: najczęściej chyba narzekanie. Nawet ludzie, którym się w życiu wiedzie, wolą tego nie ujawniać, gdyż w opinii publicznej utarło się przekonanie, że dobrze jest tylko złodziejom. Człowiek uczciwy nie może się dzisiaj dorobić. Natomiast może i powinien narzekać, wtedy jest w porządku.

Szukając przyczyn takiego stanu rzeczy, odnajdujemy je na wielkich obszarach patologii życia społecznego. Elity wciąż nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Gospodarka wprawdzie idzie do przodu, ale zbyt powoli, by mógł to odczuć przeciętny człowiek. Próbuje się zmienić obyczaj społeczny. Synowa, która z powodu poważnych nieporozumień małżeńskich ułożyła sobie życie z innym mężczyzną, z łagodną wyrozumiałością tłumaczy swej teściowej: „Bo wy jesteście z innej epoki. Dzisiaj ludzie rozwodzą się i układają sobie życie inaczej, żyjąc w zgodzie ze wszystkimi dotychczasowymi partnerami, dziećmi i rodzicami. Nikt do nikogo nie ma o to pretensji”. A w Szwecji Polka żyjąca w normalnym małżeństwie usłyszała od swej małej córki: „Mamusiu, dlaczego ja jestem tylko z wami? W szkole wszystkie moje koleżanki mają wiele mamuś i tatusiów, dziadziów i babć. Wciąż gdzieś jeżdżą, a ile prezentów dostają… A ja tylko z wami…”. Inny zaś chłopiec mówi: „Od dzisiaj nie chodzę do kościoła, bo w naszej klasie nikt nie chodzi. Jeszcze się ze mnie śmieją”. Czy długo będziemy musieli czekać, by podobne postawy stały się w Polsce czymś zwyczajnym?

W Szwecji przyglądałem się mahometanom, zwłaszcza że zasługują oni na coraz większą uwagę. Oceniamy odpowiednio wojujące skrzydło islamu, ale trzeba wiedzieć, że poza nim są mahometanie nie wojujący, tylko z mocą a pokojowo trzymający się swojej religii. Jest czas Ramadanu, a więc do meczetu w Malmö, skąd czerpię swoje obserwacje, przybywają tłumy. Działa przy nim szeroko rozbudowane centrum – powiedzieć można – duszpasterskie, które między innymi rozdaje, komu tylko się da, ulotki w rozmaitych językach, regulujące czas modlitw i posiłków podczas Ramadanu. Mahometanie przyjmowani do pracy, zastrzegają sobie dziennie pięć przerw w pracy, by przez piętnaście minut mogli się modlić na rozłożonych dywanikach. Zakład przeznacza na to odpowiednie pomieszczenie. Dowiedziawszy się o tym, jedna z pracownic, Polka, powiedziała dyrektorce, że naprzeciwko jest kościół katolicki, prosi więc o 15 minut po godzinie dwunastej w południe, aby mogła pójść i odmówić Anioł Pański. Szwedkę zamurowało. Katolicy czegoś się domagają?

Zostawmy jednak mahometan, gdyż sensowna z nimi koegzystencja możliwa jest tylko wtedy, kiedy będziemy przynajmniej równie gorliwi i zaangażowani w chrześcijaństwo i w Chrystusa, jak oni w swoją religię. Wodnista i rozmyta religijnie Europa przegra z prężnym islamem. Odnosi się wrażenie, że różnorako trudne czasy są pretekstem, dla którego odsuwa się religię na margines życia społecznego, a często i osobistego. Jeśli się nawet z Bogiem nie walczy, to w najlepszym razie nie mieści się On zupełnie w naszym życiu zagonionym i zatroskanym o to, by przeżyć – i to jak najlepiej przeżyć.

Co na to religia? Czy może nie jest już potrzebna? Religia na marginesie – jakby Boga nie było… A przecież religia jest właśnie na trudne czasy. Jezus przyszedł i przychodzi wtedy, gdy człowiek jest bezradny, gdy uganiając się za wartościami pozornymi, zupełnie nie potrafi sobie poradzić ze światem i z sobą samym.

Odwiedziłem niedawno w szpitalu w Kra­­kowie osobę bardzo ciężko chorą na płuca. Trzeba było pomóc jej przejść na drugi brzeg, ale chora o tym przejściu zbyt wiele nie myślała. Na szczęście była przy niej wciąż kochająca i delikatna rodzina. Po krótkiej, pogodnej rozmowie zapewniłem, że przyjdę za jakiś czas, „gdy już będzie gotowa”. Przy drugim spotkaniu stan zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu, ale chora gotowa była stanąć przed Panem z ufnością i pokojem w sercu. Po spowiedzi i Komunii świętej leżała podłączona do rozmaitych aparatów, a choć oddychała z trudem, uśmiechała się promiennie i mówiła: „Jaka jestem szczęśliwa, jak mi jest dobrze, mam wokół siebie tylu dobrych ludzi”. Patrzyłem wprost z niedowierzaniem. A więc to tak wygląda szczęście? Iluż ludzi chętnie przyprowadziłbym do tego łóżka, by zobaczyli szczęście płynące z czystego sumienia i z pełnego zaufania Bogu.

Oto zadanie dla nas – jak obrócić na dobre wszystkie nasze stresy, obawy, choroby, niepowodzenia i strapienia… Przecież nie jesteśmy bezbronni wobec zła. Trzeba tylko skończyć z defensywą i wykorzystywać moce, jakie dane zostały społeczności Kościoła i poszczególnym jednostkom. Chrystus mówi: Odwagi! Jam zwyciężył świat (J 16,33).

Jubileusz 2000-lecia, który obchodziliśmy nie tak dawno, trwa nadal. Chrystus trwa nadal w swoim Kościele, by darować wciąż na nowo nasze długi, pomagać w niesieniu ciężarów i obdarzać wciąż nowymi mocami. „Błogosławionaś Polsko, któraś uwierzyła!” – wołał kardynał Meissner z Kolonii w Kalwarii Zebrzydowskiej. A jeszcze wcześniej Benedykt XVI przypomniał nam na Błoniach krakowskich, że jesteśmy ziemią szczególnego świadectwa.

Tylko mocna wiara w Chrystusa, wiara, której zadatek każdy z nas otrzymał w dniu Chrztu świętego, pomoże nam podnieść głowy i niejako zacząć żyć na nowo, wykorzystując to wszystko, co mimo różnych, boleśnie odczuwanych niedogodności przecież się w naszej Ojczyźnie zmieniło. Przez nas ma się okazać moc Chrystusa. Jeśli nawet elity, przyznające się do wartości chrześcijańskich, wciąż nie zdają egzaminu, to przecież od kogoś trzeba zacząć.

A może owo odrodzenie przyjdzie od tych właśnie, słabych i chorych, którzy wiedzą, gdzie jest prawdziwe szczęście, i od tych, którzy pomagają – także zdrowym – odkrywać je wciąż na nowo?

fot. Robert Krawczyk


Leon Knabit OSB „Być ludźmi”

Materiały dodatkowe:

napisz komentarz
  • Szczęść Boże!

    Ta defensywa jest bardzo widoczna rok w rok przy okazji I Komunii Św i Bierzmowania. Rok w rok odgrywany jest teatr, z jeden strony rodzice, którzy tylko w owym czasie związanym z wymienionymi sakramentami posyłają dzieci do kościoła i księża, którzy wiedzą że w kolejnych latach nie zobaczą tych dzieci (ani tym bardziej rodziców) w kościele i to akceptują. Może katechezy dla rodziców byłyby dobrym rozwiązaniem? Co Ojciec o tym myśli?

    Angelika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl