Czym jest małżeństwo, o co w nim chodzi i co jest w nim najważniejsze?

Jest ono pewnym misterium, w którym uczestniczymy, misterium życia. Nie jest czymś, co sami sobie stwarzamy czy organizujemy według naszego wyobrażenia. Ale jest darem, w którym współuczestniczymy i jesteśmy jego współtwórcami, a nie konstruktorami. Musimy się zatem w nim odnaleźć i wkomponować w nie. Wspólnotą małżeńską żądzą pewne fundamentalne prawa. Są one tak mocne jak prawa przyrody, z tym tylko że, o ile prawa przyrody działają automatycznie od razu, to te prawa działają w pewnym sensie z opóźnieniem. Tak też jest w odniesieniu do praw rządzących ludzkim życiem w ogóle. Ze względu na opóźnione działanie trudno je rozpoznać. Kiedy nie ma bezpośredniego skutku, a w międzyczasie dzieje się wiele spraw, nakłada się mnóstwo różnych sytuacji, trudno powiązać skutek z przyczyną. Na to nakłada się bardzo mocna tendencja widzenia wszystkiego zgodnie z własnymi pragnieniami, co wyraża się też widzeniem przyczyny naszych niepowodzeń w działaniach innych ludzi, nie we własnej nieudolności, braku rozsądku. To wszystko utrudnia uchwycenie obiektywnych praw rządzących naszym życiem. Nie mniej naszym życiem ludzkim, w tym życiem małżeńskim, rządzą ścisłe prawa. Jeżeli człowiek ich nie respektuje, to niszczy ten związek.

Do takich fundamentalnych praw należy to, że małżeństwo jest związkiem osób wolnych i przez to jest związkiem partnerskim. Mąż i żona mają wzajemnie sobie coś do powiedzenia i przekazania, coś takiego czego nie ma drugi. Ten związek ma być więc twórczy dla obu współmałżonków. Tylko taki związek wolnych i twórczych osób daje w efekcie radość i pełnię życia. Nie można np. zbudować komuś cudownego pałacu i zorganizować wspaniałego życia, nie czerpiąc z jego twórczego zaangażowania. Taki związek nie będzie partnerski, a tym samym w pełni małżeński. Jednocześnie nic się nie da zrobić na siłę. Nikogo nie da się zmusić do zaangażowania. To musi być autentyczny wybór tej osoby, a w małżeństwie obu małżonków. Podobnie jeżeli ktoś chce zdominować, opanować wszystko, mieć drugiego „w garści”, co jest stałą pokusą w sytuacji spotkania z drugą osobą, szczególnie gdy wchodzi w grę stały związek, to tym samym niszczy sam ten związek. Małżeństwo nie może być układem na wzór relacji pomiędzy panem i niewolnikiem. To nie jest związek małżeński. Jest to być może jakiś wygodny związek, ale on nie daje możliwości realizacji ani jednej, ani drugiej osobie. Nie pozwala jej naprawdę być sobą i tym samym nie daje szczęścia i radości.

Niestety w Kościele przez wieki funkcjonował model patriarchalny związku małżeńskiego i to oparty na tekście Pisma Świętego:

Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystuso­wej. Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby samemu sobie przedstawić Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany (Ef 5,21–27).

Wpierw jest mowa o „wzajemnym poddaniu”, natomiast w następnym zdaniu jest mowa jedynie o „poddaniu” żony na wzór poddania Kościoła Chrystusowi. Mąż jest obrazem Chrystusa i stąd takie posłuszeństwo. Gdyby ten tekst wziąć dzisiaj dosłownie, tak jak brzmi, to byłoby to przerażające od strony odpowiedzialności mężczyzny za żonę. Czy naprawdę jest gotów oddać życie za żonę? Czy ma w sobie tak daleką odpowiedzialność? Czy ma w sobie tak wielką cierpliwość, gotowość służenia, poświęcenia…, jak Chrystus? Obawiam się, że przy dzisiejszym kryzysie mężczyzny i ojca jest to duży problem. Poddanie żony byłoby o wiele prostsze, bo nieobciążone tak wielką odpowiedzialnością. Jednak tego tekstu nie należy dzisiaj dosłownie przyjmować. Bardzo dobrze i chyba rozstrzygająco na ten temat pisał św. Jan Paweł II w Adhortacji Mulieris dignitatem:

Autor Listu do Efezjan nie widzi żadnej sprzeczności pomiędzy tak sformułowanym wezwaniem a stwierdzeniem: „Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony” (5,22-23). Wie bowiem, że ten układ, który głęboko był zakorzeniony w ówczesnym obyczaju i religijnej tradycji, musi być rozumiany i urzeczywistniany w nowy sposób: jako „wzajemne poddanie w bojaźni Chrystusowej” (por. Ef 5,21), zwłaszcza, że mąż jest nazwany „głową” żony, tak jak Chrystus jest Głową Kościoła, bo „wydał za niego samego siebie” (Ef 5,25), a wydać zań samego siebie oznacza oddać nawet własne życie. O ile jednak w odniesieniu Chrystus-Kościół poddanie dotyczy tylko Kościoła, to natomiast w odniesieniu mąż-żona „poddanie” nie jest jednostronne, ale wzajemne! (MD 24).

Zasadniczo nieporozumienie i dyskusje na temat podległości wywodzą się stąd, że władza, a co za tym idzie i podleganie, są rozumiane na wzór dominacji. W Ewangelii Pan Jezus wyraźnie wystąpił przeciw takiemu rozumieniu, gdy ujawniło się, że pomiędzy uczniami powstał spór o to, kto z nich jest największy:

Królowie narodów panują nad nimi, a ich władcy przyjmują nazwę dobroczyńców. Wy zaś nie tak macie postępować. Lecz największy między wami niech będzie jak najmłodszy, a przełożony jak sługa! Któż bowiem jest większy? Czy ten, kto siedzi za stołem, czy ten, kto służy? Czyż nie ten, kto siedzi za stołem? Otóż Ja jestem pośród was jak ten, kto służy (Łk 22,25–27).

Przy takim rozumieniu zupełnie inaczej układają się relacje między osobami. Podstawą relacji jest słuchanie i wyrastająca z niego gotowość do służenia. Na tym w istocie polega owo podleganie, które jest wsłuchaniem się w drugiego, by mu służyć. Ta postawa zawiera się w soborowej sentencji mówiącej o konieczności uczynienia z siebie „szczerego, bezinteresownego daru”. Posłuszeństwo wzajemne jest jednocześnie bardzo konkretnym wskazaniem, jak czynić z siebie ów bezinteresowny dar. Wcześniej pisaliśmy o tym, że słuchanie jest fundamentem komunikacji i właśnie o to chodzi w komunikacji w miłości małżeńskiej. Święty Paweł doskonale wypowiedział to we wstępie do Hymnu o kenozie:

Jeśli więc jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli – jakaś moc przekonująca Miłości, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie – dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie (Flp 2,1–5).

Oczywiście ten tekst odnosi się do wszystkich chrześcijan i każdej wspólnoty uczniów Chrystusa, jednak w sposób szczególny odnosi się do małżeństwa, które jest szczególną wspólnotą eklezjalną, bo jest misterium „Chrystusa i Kościoła”. Wzajemne poddanie oznacza wychylenie się w stronę drugiego z pragnieniem służenia mu. Taka postawa staje się więzią autentycznej miłości tylko wtedy, gdy jest wzajemna. Jeżeli z jednej strony istnieje egocentryzm, to zamiast miłości pojawia się relacja podległości sługi swojemu panu. Właśnie tego nie chce Pan Jezus we wzajemnych relacjach swoich uczniów i poleca postawę służby i podobnie św. Paweł, dając za wzór Chrystusa, to samo zaleca tym, którym przekazał Ewangelię.

Jednocześnie ta postawa jest szkołą naszej więzi z Bogiem, który jest naszym Ojcem. Sakrament małżeństwa jest miejscem uczenia się autentycznej więzi osobowej, a tym samym więzi z Bogiem, który jest Osobą i jedynie w relacji osobowej mamy do Niego przystęp. O ile w zakonie w posłuszeństwie przełożonym wyraża się posłuszeństwo Bogu, tak w małżeństwie posłuszeństwo współmałżonkowi jest szkołą posłuszeństwa Bogu. Jest ćwiczeniem się w posłuszeństwie Bogu, który, kiedy przychodzi, jest inny, niż się spodziewamy i chce od nas czegoś innego niż sobie zaplanowaliśmy. Nauka posłuszeństwa jest zasadniczym narzędziem pracy duchowej, najmocniejszym środkiem do walki z własnymi chęciami. Słuchanie też jest zasadniczą postawą podczas modlitwy osobistej, liturgii i lectio divna.

Dalej takim prawem jest to, że mąż czy żona są dla nas najważniejszą osobą. Nie dzieci, nie rodzice, nie przyjaciele, ale właśnie żona czy mąż. Jeżeli kolejność jest przestawiona, np. mama jest ważniejsza od żony lub męża, to nie jest to małżeństwo. W Księdze Rodzaju wyraźnie przy ustanowieniu małżeństwa jest napisane:

Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2,24).

„Opuszcza” oznacza, że jego nowym miejscem jest jedność z żoną. To samo oczywiście odnosi się do kobiety. Jeżeli jednak mama lub ojciec są ważniejsi, wynika to z niedojrzałości. Pępowina nie została przecięta i w związku z tym człowiek nie nadaje się jeszcze do małżeństwa. Innym przykładem jest sytuacja, szczególnie odnosi się to do kobiet, gdy dziecko jest ważniejsze od męża. Jeżeli tak się dzieje, to małżeństwo kuleje. Dziecko jest dane małżeństwu na wychowanie, a potem odchodzi do świata, zakłada własną rodzinę. Natomiast mąż i żona pozostają ze sobą do śmierci. Przy takich niewłaściwie ustawionych relacjach nie mówimy o złej woli. Może ona być w mniemaniu małżonka jak najbardziej dobra, natomiast przestawiona jest hierarchia wartości: ważniejsza jest relacja inna niż więź małżeńska, co powoduje, że małżeństwo się chwieje.

Mąż lub żona jest najważniejszą osobą, ale nie jest bożkiem, nie jest centrum wieczystej adoracji. Co niestety czasami się zdarza. Niektóre kobiety mają wyobrażenie, że powinny być wiecznie adorowane przez męża, natomiast mężczyźni lubią być hołubieni przez żonę. To jest fatalne, nie do przyjęcia. Jest tylko jeden Bóg i nie ma innego, trzeba o tym pamiętać. Ani żona, ani mąż nie może Nim być. Bóg jest gwarantem naszej wolności i pozwala nam żyć w jedności, która nie odbiera wolności drugiemu. Każdy musi się kierować sumieniem, które jest na ziemi absolutnym kryterium dla każdego z nas. Np. nie można z miłości dla drugiego robić czegoś, co jest złe, grzeszyć, kłamać, krzywdzić innych itd. Nie wolno! Bo drugi nie jest Bogiem, nie jest moim bogiem.

Jeżeli ktoś jest niewierzący, to może mówić o prawdzie i dobru jako takim, że one są ważniejsze niż pragnienia drugiej osoby. Nie można jednak w nieprawdzie, w zachwianiu tego co jest dobre, kochać drugiego. Respektowanie prawdy i dobra jest niezbędne do życia w miłości. Jan Paweł II, pisząc do młodzieży o wolności, stwierdził: „Wolność to jest zdolność wybierania tego co jest rzetelnym, prawdziwym dobrem”. Wolność nie sprowadza się do wybierania czegokolwiek, ale wybierania prawdy i dobra.

Dalej, bardzo trafnie określił miłość ks. Józef Tischner, który komentując podczas wykładu filozofię miłości Platona, powiedział: „kocham, to znaczy pragnę twojego pragnienia, pragnę byś ty mnie pragnął”. Tak rozumiana miłość także odnosi się do naszej relacji do Boga. Wskazaliśmy w oparciu o cytat z Katechizmu (zob. KKK 2560) na istnienie takiego pragnienia u Boga w odniesieniu do nas: „Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli”. Małżeństwo jako sakrament jest szkołą naszej miłości w odniesieniu do Boga, bo ostatecznie, jak powiedział Pan Jezus:

Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie (Mk 12,25).

Po śmierci nie będzie związków małżeńskich, ale wszyscy będziemy jedno w Bogu:

A gdy już wszystko zostanie Mu poddane, wtedy i sam Syn zostanie poddany Temu, który Synowi poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkich (1 Kor 15,28).

Nieustanne pragnienie wyraża się chęcią bycia z upragnioną osobą i dzielenia z nią swego czasu. W praktyce oznacza to, że jeżeli pojawia się wolna chwila, to staramy się być ze sobą. Zwykłe obowiązki: praca, dzieci, obowiązki związane z rodzicami, choroby, delegacje… nie pozwalają nam być razem, jednak każdą sposobną chwilę staramy się spędzać razem. W prawdziwej miłości istnieje to pragnienie, jest ono czymś naturalnym i oczywistym, że się chce być ze sobą, że dla tego drugiego trzeba mieć czas. Kiedy się nie ma czasu dla drugiego, to znaczy, że coś gdzieś pękło.

Istnieją dramatyczne sytuacje, gdy ktoś dla zarobku, dla utrzymania rodziny wyjeżdża za granicę, zostawiając żonę z dziećmi w kraju. Robi to wszystko w imię dobra. Jednak dobro, jakie się zyskuje w ten sposób, obawiam się, że zupełnie nie równoważy zła, które się wydarza, właśnie ze względu na brak czasu wzajemnego dla siebie. Jeżeli to trwa krótko, to jeszcze można wytrzymać. Znam jednak sytuacje, że trwa to długie lata i po tym czasie już trudno wrócić do pierwotnej miłości, szczególnie gdy na wyjeździe pojawiły się nieformalne związki na wzór małżeństwa. To jest tragedia. Wynika z mniemania, że akurat nasz związek jest niezależny od praw rządzących każdym człowiekiem. Takie mniemanie prowadzi do smutnych konsekwencji. Tu może także nie ma złej woli, jest po prostu brak rozsądku. Brak zrozumienia, że małżeństwo rządzi się swoimi prawami, a nie będzie w nim tak, jak sobie wymyślimy.

Miłość, jeżeli nie jest pielęgnowana, obumiera. Nie ma innej możliwości. To jest tak, jakby ktoś chciał coś uprawiać bez plewienia, podlewania, przerzedzania itd. Małżeństwo jest misterium, ale do tej prawdy trzeba dodać drugą: miłość wzajemna małżonków jest ich największym „interesem” życiowym. Mówię tutaj brutalnie o interesie, bo nie ma dla małżonków na ziemi niczego ważniejszego niż to, żeby wiązała ich autentyczna miłość. Jeżeli będzie między nimi miłość, to nawet gdy będą mieli problem wiązania końca z końcem, w sumie będą i tak szczęśliwymi ludźmi. Jeżeli natomiast nie będzie miłości, to choćby każdy ze współmałżonków z osobna lub któreś z nich osiągnęło sukcesy: artystyczny, zawodowy, polityczny, ekonomiczny, lub jakiekolwiek, to i tak oboje będą nieszczęśliwi. Wszystkie sukcesy i pieniądze będą jedynie gadżetami bez większego znaczenia. Przy ich pomocy będą chcieli sobie zrekompensować brak miłości, jednak tak się nie da. Jeżeli rozwiązaniem stanie się rozwód i znalezienie innego partnera, to jednak pozostaje rana do końca życia. Żadna rekompensata z zewnątrz nie jest w stanie spłacić utraty miłości. Dlatego mówię brutalnie o interesie. Z tego trzeba sobie zdać sprawę.

Konkretnie budowanie miłości dokonuje się przez bliskość na co dzień, bliskość ciepłą i czułą. Jeżeli jest to tylko bliskość fizyczna, ale pozbawiona ciepła i czułości, staje się ostatecznie męcząca i zaczyna ciążyć. Każdy z nas potrzebuje czułej bliskości, gdzie może być w pełni otwarty dla drugiego, czuć się bezpieczny i kochany. W małżeństwie jest to warunek wpisujący się w jego istotę. Miłość małżeńska powinna być ciepła i czuła. Dlatego musi też być wierna i wyłączna oraz dyskretna. Nikt z zewnątrz nie może w jej intymność wchodzić i nikogo z zewnątrz nie można do niej wprowadzać. Jeżeli w tej intymności jest chłód, trudno mówić o prawdziwej miłości małżeńskiej. Trzeba ją uleczyć.

Oczywiście istnieją sytuacje skrajne, o czym pisaliśmy wyżej, ale gdy pojawia się w miłości kłamstwo, zdrada, wyrachowanie, wykorzystywanie drugiego dla swojego egoizmu, mamy do czynienia z oszustwem w miłości, to nie jest małżeństwo. Jest to inna sytuacja i wymaga innego działania.

W Księdze Rodzaju jest napisane, że „dwoje będą jednym ciałem”. Co to znaczy? Oczywiście dwoje ludzi nigdy nie będzie fizycznie jednym ciałem. Chociaż w akcie seksualnym następuje wielkie zbliżenie, ale nawet w tym najbardziej intymnym akcie zawsze są dwoma odrębnymi ciałami. Natomiast w Biblii ciało to „ja zwrócony do świata”, gdzie świat to ludzie i relacje z nimi. Jeżeli tak, to dwoje stają się jednym ciałem, bo ich stosunek do innych ludzi i rola w społeczeństwie są takie same. Oboje mają to samo odniesienie do świata: żyją pod tym samym dachem, jedzą z jednej miski, mają wspólne dzieci i muszą się troszczyć o nie wspólnie. Oboje należą do tej samej klasy społecznej, są biedni lub bogaci ale razem, nie jedno bogate, a drugie biedne. Kolokwialnie się mówi, że oboje „jadą na tym samym wózku”. Jeżeli któryś z nich jest chory, to drugi musi się nim opiekować, kiedy mają kłopoty finansowe, to oboje, kiedy są szczęśliwi, to razem itd. Na tym polega to wspólne ciało. To wszystko ma głębsze znaczenie, dobrze to oddaje wypowiedź Jana Pawła II w adhortacji Mulieris dignitatem, że kobieta jest „drugim ja we wspólnym człowieczeństwie”. Jedno ciało to jest wspólne człowieczeństwo, wspólne doświadczanie tego, co znaczy być człowiekiem. Mówiliśmy o tym, że człowiek jest stworzony tak, jakby był wybrakowany. Potrzebuje dopełnienia drugiego, aby poprzez relację żywą z nim, mógł sam stać się sobą. Stąd to doświadczenie wspólnoty, jednego ciała jest dane w małżeństwie.

Małżeństwo jest misterium i jest darem, dzięki temu jest ogromną szansą dla mężczyzny i kobiety, aby każde z nich stało się sobą. Zachodzi to wówczas, gdy jest spełnione proste równanie:

ja + ty = my

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. 8 Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4,7–8).Małżeństwo jest autentyczne, kiedy jest to „my”. W „my” zawiera się zadatek tego, co się nazywa królestwem Bożym, realizuje to, co oznacza, a oznacza miłość Boga do ludzi. Małżeństwo jest sakramentem, czyli znakiem, w którym możemy doświadczyć tego, co on znaczy, czyli uczestniczyć w królestwie Bożym. Na tym polega najgłębszy wymiar małżeństwa, jego najgłębszy sens, który zawiera się w sakramencie. Jest to wymiar wręcz mistyczny i małżonkowie są do tego powołani, chociaż o tym się nie mówi i nie myśli, ale tak naprawdę na tym polega sens chrześcijańskiego małżeństwa. Dlatego kiedy relacje w małżeństwie zaczynają schodzić na poziom ja ↔ on/ona, to jest to zdrada małżeństwa jako sakramentu i jest to przekreślanie daru, który istnieje w małżeństwie jako sakramencie. Sakrament daje żywą relację, a relacja ja ↔ on/ona to relacja funkcjonalna, duchowo obojętna i martwa, mechaniczna, w której ani „ja” ani „on/ona” nie stajemy się sobą. Możemy stać się sobą we wspólnym „my” i dlatego małżeństwo w wymiarze sakramentu, czyli misterium wspólnej drogi do Boga jest naprawdę fundamentem. To trzeba mocno sobie uświadomić, bo to jest nasza droga do Boga. Wzajemnie sobie pomagamy, jesteśmy dla siebie pośrednikami w tym spotkaniu, które prowadzi do Boga i im bardziej rozwija się miłość, tym bardziej jesteśmy bliscy Boga. Św. Jan w 1 liście mówi wyraźnie:

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4,7–8).

Nie jest ważne, co deklaruje, jeżeli nie miłuje, to nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. Tę fundamentalną prawdę o sensie małżeństwa wyraża doskonale znana sentencja soborowa już wcześniej kilka razy cytowana, ale jako wyrażająca istotę tego, o co chodzi w małżeństwie, przytaczamy ją na końcu:

Człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego (KDK 24).

To najpełniej może się na ziemi zrealizować w małżeństwie.


Włodzimierz Zatorski OSB „Kryzys małżeństwa?”

Inne publikacje Ojca Włodzimierza:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl