Dlaczego wciąż powinniśmy pytać o sens życia? Dawne drogi, nowe cele [cz.1]

Dokąd pielgrzymujemy? Czy wiemy? Czy w ogóle chcemy to dokładnie wiedzieć? Czy myśl o celu wypełnia nas tęsknotą czy też nieprzyjemnym uczuciem?

Kiedy rozglądam się, kiedy się przysłuchuję, rzucają mi się w oczy różne rzeczy. Po pierwsze inflacja celów, której doświadczamy, tych celów urlopowych i celów podróży, celów zawodowych i życiowych. Wszędzie jest mowa o wizjach celu: z gospodarki znamy cele interesów, z polityki – cele negocjacji, ze sportu – cele treningowe, a wszystkie te cele są związane z obietnicą szczęścia lub, nawet jego gwarancją. Można niemal sądzić, że cele mają dla nas największe znaczenie. I już teraz najmniejsze dzieci w przedszkolu uczą się, aby wszystko podporządkować określonym celom. Bezsporne wydaje się to, że nasze życie powinno czymś się kończyć.

Po drugie – moją uwagę zwraca to, że zmierzamy do naszych celów najkrótszymi drogami, jakby każda podróż była stratą czasu, jakby cel usprawiedliwiał wszelki skrót – a jednak potem jesteśmy szczęśliwi, że chodzi jedynie o stacje pośrednie, o cele etapowe, i że podróż dalej trwa. Nie być już więcej w drodze – nieprzyjemna myśl. Osiągnąć stację końcową – przerażająca perspektywa. Po dotarciu do celu zaraz następuje kolejny wymarsz, nie powinno być żadnych przystanków, to musi trwać. Jednak jak zostało powiedziane – wydaje się, że sama droga wabi nas w niewielkim stopniu. Dokądkolwiek się zmierza, każdy czas podróży jest mierzony w godzinach, każdy wysiłek zredukowany do niezbędnego minimum, przybycie do celu jest wszystkim. Widocznie przyświeca nam ideał życia krótkich dróg i drobnych, tymczasowych celów. Inaczej mówiąc – przelotne życie.

Pielgrzymowanie jest tak beznadziejnie staromodne. Pielgrzym pragnie bowiem poznać i przeżyć całą swoją drogę, cierpliwie ją znieść, i dotrzeć do niezmiennego celu, do odległego, uduchowionego miejsca, w którym podróż kończy się. Ten, kto dzisiaj pielgrzymuje, musi zmienić sposób myślenia, ten działa wbrew swoim nawykom, kiedy bierze na siebie długą i uciążliwą drogę, a potem godzi się z tym,, że cel jest stacją końcową, że się dotarło i droga dobiegła do końca. I jeszcze – pielgrzymowanie nie służy jakiemuś wymiernemu celowi. Nie można na koniec wystawić rachunku zysków i strat. Patrząc w ten sposób, pielgrzymowanie rzeczywiście jest zerwaniem ze współczesnymi wyobrażeniami.

Za to jest się nagradzanym doświadczeniami, które są nie na czasie. Na przykład doświadczeniem, jak bardzo zachęca nas i uskrzydla fakt posiadania ustalonego, odległego i wielkiego celu, zamiast tej pogmatwanej obfitości małych i szybko osiągalnych celów. Jak dalece jesteśmy w stanie wyrastać ponad siebie, kiedy nie zadowalamy się miejscami leżącymi blisko nas, lecz stawiamy samych siebie przed największymi oczekiwaniami. Albo przeżyciem, że dotarcie na miejsce po pełnej trudów drodze jest powodem do radości. Dokonaliśmy tego! To uczucie szczęścia łączy tych wszystkich, którzy przybywają do jakiegoś sanktuarium. Tutaj podziela się z innymi radość z dotarcia do celu, tutaj doznaje się może jeszcze silniej niż wcześniej uczucia ulgi, że należy się teraz uspokoić i wypocząć. Być może również każde dotarcie do celu związane jest także z uczuciem, że odnalazło się dom.


Notker Wolf | Dokąd pielgrzymujemy. Dawne drogi i nowe cele – kup w księgarni on-line

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl