Dobre jest to, co buduje życie, a to, co życie niszczy, choćby było okrzyczane największą świętością, jest złe. Konflikty i zasady ich rozwiązywania…

Konflikty zazwyczaj powstają, gdy istnieje sprzeczność interesów. Są one możliwe jedynie w relacji: „ja/my – oni/on/ona”. Jeżeli istnieje solidarne poczucie „my”, takiego konfliktu nie może być. W relacjach między ludźmi, jak już pisaliśmy, nie ma absolutnej relacji „ja – ty”. W każdym ludzkim „my” istnieje jakiś wymiar relacji: „ja – oni/on/ona”. Dotyczy to nawet takich wspólnot jak małżeństwo. Z tej racji np. potrzeba – jak już wspominaliśmy – czasem kogoś z zewnątrz, który pomaga rozwiązać konflikty istniejące w tak ścisłej więzi.

Jest to inaczej niż w relacji do Boga. Z Nim nie tylko relacja „ja – Ty” może być absolutna, ale nawet jedynie taka relacja spełnia naszą więź z Nim. Pamiętamy – Gabriel Marcel pisał, że Bóg jest absolutnym Ty, co oznacza, że poza relacją „ja – Ty” nie spotykamy się z prawdziwym Bogiem. Tak jest, bo żadna inna relacja nie spełnia naszego osobowego istnienia, czyli nie doprowadza nas do pełni bycia tym, kim w zamyśle Boga jesteśmy. Jednocześnie, jak o tym już mówiliśmy, relacja „ja – Ty” z Bogiem jest bardziej enigmatyczna, gdyż nigdy nie stajemy przed Nim jako kimś na zewnątrz. Najłatwiej uchwycić nam tę relację wewnątrz relacji z innymi ludźmi, ale także w relacji do nas samych, wówczas gdy przemawia do nas sumienie, gdy stajemy przed prawdą, jaką musimy uznać. Jest ona najgłębszą tajemnicą nas samych. Ta relacja jest całkowicie misteryjna, co nie znaczy, że jest niekonkretna. Można powiedzieć, że jest najbardziej konkretna i najbardziej oczywista ze wszystkiego, czego doświadczamy na świecie. Dlatego najważniejsze dla nas podczas modlitwy jest wejście w relację „ja – Ty” z Bogiem. Cała reszta ma znaczenie drugorzędne. Dlatego gdy zbytnio się koncentrujemy na technice, na tym, co mamy podczas modlitwy robić, gubimy to, co w modlitwie jest najważniejsze. Jest to zupełnie podobnie jak z miłością: gdy koncentrujemy się na tym, jak to się robi, właściwie przekreślamy samą miłość, która jest żywą relacją „ja – ty”. Jej się nie da „zrobić”, w nią trzeba wejść.

Niemniej w relacjach z drugim człowiekiem zawsze istnieje jakiś wymiar relacji „ja/my – on/ona/oni”. Istnieje ona nawet wówczas, gdy zasadniczo istnieje więź „my” i ujawnia się ona niejako wewnątrz wspólnoty. Tak jest dlatego, gdyż między ludźmi – jak było powiedziane w poprzednim akapicie – nie ma absolutnej relacji „ja – ty”. Kiedy konflikt pojawia się wewnątrz osobowej relacji, staje się on jednocześnie próbą dla tej relacji. Jest jak pokusa, która może zniszczyć tę relację osobową albo wręcz przeciwnie może ją wzmocnić i ukazać jej prawdziwą siłę. Wydaje się, że konflikty zasadniczo trzeba traktować jako próbę. Odgrywają one podobną rolę jak pokusy w życiu wewnętrznym. Nikt z nas nie lubi doświadczać pokus, jednak są one konieczne w życiu, a mnisi mawiali wręcz, że jeżeli by ich nie było, nikt nie mógłby stać się świętym. To właśnie walka z pokusami wyrabia w nas wytrwałość i wierność, pogłębiając miłość do Boga. Jeżeli by nie było pokus, nie bylibyśmy w stanie doświadczyć i poznać prawdziwości naszej wiary, a tym samym nie moglibyśmy się duchowo rozwijać.

Pokusy nie są potrzebne Bogu, aby nas wypróbować, gdyż On zna nasze serce. My jednak nie znamy naszego serca i poznajemy je jedynie przez doświadczenie, poznajemy to, co się w nim kryje, po owocach. Serce jest bowiem naszym ukrytym centrum, do którego nasz rozum nie ma dostępu. Przenika je jedynie Duch Święty, o czym pisaliśmy już wcześniej, przytaczając określenie serca według Katechizmu Kościoła Katolickiego. Jednocześnie nie tylko poznajemy aktualny stan naszego serca, ale także kształtujemy je poprzez wybory, jakich dokonujemy. Jeżeli wybieramy dobro, ono odwdzięcza się nam przez to, że stajemy się bardziej sobą. Mówiliśmy o tym procesie w przypadku prawdy i głosu sumienia. Idąc za nim, stajemy się sobą, a odrzucając go, tracimy siebie, stając się obcymi dla siebie samych. Wydaje się, że podobnie się dzieje w przypadku konfliktów, jakie pojawiają się we wspólnocie ludzi. Stają się one nie tylko próbą, ale jednocześnie odsłaniają słabości naszych więzi, pozwalają zobaczyć prawdę, a poprzez właściwe decyzje stają się okazją do zbudowania czegoś konkretnego i lepszego.

Przy czym musimy miejscu zdawać sobie sprawę z tego, że istnieją ludzie, którzy stale wywołują konflikty zupełnie niepotrzebnie. Wydaje się, że oni sami istnieją dzięki temu, że są stroną konfliktu. Kiedy brak konfliktów, tracą sens swojego życia. To są chore sytuacje. Co wówczas można zrobić? Wydaje się, że trzeba użyć jakichś środków pedagogicznych i uświadomić tym ludziom bezsensowność takiej postawy. Trudno jednak podać jakieś uniwersalne porady, jak to zrobić. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Można zatem podawać jedynie przykłady. Jednak i w tym przypadku trzeba zachować właściwą dla relacji „ja – ty”. Jak to zrobić? Mówiliśmy już o tym w poprzednim rozdziale: przez mówienie otwarte z podaniem prawdziwych argumentów, w których autentycznie wykazujemy troskę o jego dobro – w tym przypadku o to, by przestał siać wokół nieporozumienie i konflikty. Nie można ludziom pozwalać robić zło. Zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie podana jest zasada napomnienia braterskiego, które jest ostrzeżeniem i próbą ratowania kogoś od zła.

Bywa niestety tak, że sama struktura wspólnoty prowokuje takie zachowania. Przykładem są np. związki zawodowe w zakładach pracy, gdy na etacie związkowym są ich działacze. Właściwie sensem takiego stanowiska jest pilnowanie interesów pracowników i walka o ich dobro. Jeżeli nie ma konfliktów, są oni zupełnie niepotrzebni. Są darmozjadami. Dlatego dla podkreślenia, że są jednak potrzebni, starają się czasem wywoływać konflikty, aby „bronić interesów” pracowników. Niestety takie konflikty jedynie niszczą więzi wspólnotowe, a właściwie do niczego pozytywnego nie prowadzą, bo w istocie są sztucznymi konfliktami. Podobna sytuacja istnieje prawdopodobnie w przypadku pewnych stanowisk samorządowych, gdy ktoś posiada duże uprawnienia, a jednocześnie nie jest gospodarzem w terenie, zatem nie jest bezpośrednio zainteresowany oddolnymi inicjatywami. Bardzo często podkreślając swoją władzę, przeszkadza w realizacji tych inicjatyw. Tego rodzaju konflikty trzeba rozwiązać, zmieniając chore struktury i zastępując je nowymi niewywołującymi konfliktów. Nie wystarczy w tym przypadku liczyć na dojrzałość ludzi, którzy umieliby przerastać takie chore struktury i byli zdolni wbrew ciasno pojętemu interesowi własnemu dbać o interesy całości. Takich ludzi w społeczeństwie jest bardzo niewielu i ponadto najczęściej takim ludziom nie zależy na zdobyciu władzy.

Autentyczny konflikt pojawiający się w relacji „ja/my – on/ona/oni”, nierozwiązany, stłumiony, ominięty niszczy samą relację, powodując wzrost opozycji, oddalenia i w efekcie prowadzi do śmierci wspólnoty. Rozwiązywanie konfliktów jest zatem konieczne, aby nie niszczyć samej wspólnoty. Jednak rozwiązanie konfliktu na zasadzie kompromisu, czyli uzgodnienia wzajemnych interesów przez ich zbilansowanie, wzajemne ustępstwa pod wpływem siły czy na podstawie opłacalności takiego zbilansowania nie jest właściwym rozwiązaniem konfliktu. Nie przekracza ono zewnętrznej relacji „ja/my – on/ona/oni”. Nie prowadzi zatem do rozwoju, ale ustala nowe status quo, które, można się tego spodziewać, ponownie doprowadzi do podobnego konfliktu roszczeniowego. Rozwiązaniem pozytywnym może być jedynie wzajemne zrozumienie i przez to wzrost szacunku do drugiego. Prowadzi to do przekroczenia relacji zewnętrznej „ja/my – on/ona/oni” i przez to staje się szansą do budowania prawdziwej więzi „my”, pogłębiając ją. Warunkiem tego jest wzajemność i współudział wszystkich w rozwiązywaniu konfliktu i wysiłek zrozumienia drugiej strony. W takim współdziałaniu pojawia się „my”, które jest ożywcze i twórcze.

Zwracam uwagę na wcześniej przytoczoną zasadę: dobre jest to, co buduje życie, a to, co życie niszczy, choćby było okrzyczane największą świętością, jest złe. W najlepszym przypadku jest złym rozumieniem świętości. Tak było za czasów Pana Jezusa, który przecież w imieniu Prawa Bożego został przez władze religijne Izraela skazany na śmierć za bluźnierstwo! Potem św. Paweł dużo pisał o tym, że Prawo samo nie daje życia. Znana jest jego formuła: Litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia (2 Kor 3,6). Życie jest ze swojej istoty zawsze współżyciem i to już na poziomie życia biologicznego. Tym bardziej odnosi się to do życia osobowego. Pamiętamy, że jego istota polega na „bezinteresownym darze z siebie”, ale też na umiejętności przyjęcia daru. Dlatego budowanie życia to budowanie wspólnoty. Nasza egocentryczna cywilizacja przez ów egocentryzm nie buduje życia.

Sam konflikt posiada swoją pozytywną stronę. Mianowicie ujawnia on najczęściej rzeczywiste problemy (pomijam sytuacje, w których konflikty są sztucznie wywoływane w celu wygrania czegoś za ich pomocą). Odsłonięcie się prawdziwego problemu jest szansą, gdyż przy właściwym rozwiązaniu go, pojawia się możliwość ugruntowania prawdziwych relacji opartych na prawdzie, a nie jedynie na „dobrych chęciach” i na wyobrażeniach odnoszących się do nas samych i do innych. Jeżeli strony konfliktu uświadomią sobie realizm samego problemu, to dzięki temu lepiej poznają siebie samych i drugich, a tym samym mogą zrozumieć i budować relacje osobowe. Tak jest np. w małżeństwach, gdzie pojawiają się konflikty: gdy są one autentycznie rozwiązywane, pogłębiają wzajemną miłość. Dlatego konflikt staje się szansą dla wspólnoty.

Niestety często powstają wspólnoty oparte na czymś fałszywym. Taka wspólnota nie ma szansy na prawdziwy rozwój. Może istnieć jedynie w określonych warunkach. Kiedy się one kończą, sama wspólnota ginie lub stara się na siłę wytwarzać konieczne dla niej warunki. Tak np. powstają „wspólnoty” ludzi narzekających na to, co jest. Solidaryzują się oni we wspólnym narzekaniu, że jest źle. Aby owa wspólnota istniała, potrzeba powodów do narzekania. Jeżeli ich zaczyna brakować, to się je wymyśla. Czy to jest jednak wspólnota, choć tak mocno się trzyma i wspiera wzajemnie? Wystarczy dać tej grupie ludzi do zrobienia coś pozytywnego, konstruktywnego, coś, co wymaga od nich wysiłku i samodyscypliny, a także rezygnacji z czegoś, np. z jakiejś wygody, a okaże się wkrótce, że nie są zdolni do pozytywnych działań, do budowania życia. Cała ich energia jest skierowana ku niszczeniu. Niestety istnieje dużo takich grup.

Podobnie mogą powstawać grupy oparte na pięknych wyobrażeniach, marzeniach. Tak np. jest w zakochaniu. Problem pojawia się wówczas, gdy zaczyna się wspólne życie. Wtedy pojawiają się konflikty. I trzeba powiedzieć, że dobrze, że się pojawiają, gdyż stają się szansą dla tej pary ludzi, żeby zaczęli oni poznawać prawdę o sobie samych i nawzajem o sobie. Jednak podobnie jest w przypadku ludzi, którzy ze wspaniałymi ideami chcą coś zbudować, jednak sami nie znają dobrze siebie samych, szczególnie swoich słabości, ani też innych ludzi. W tym przypadku konflikty także są nie do uniknięcia. Jednak także i w tym przypadku stanowią szansę na właściwą korektę ideałów i postawienie swoich relacji i zamiarów twardo „na ziemi”.

To się powtarza w przypadku wszelkich grup liderów w firmie, we władzach lokalnych, w fundacjach, w szkole czy innych organizacjach. Zawsze prawda, przyjęcie rzeczywistości jest podstawą autentycznie twórczego działania. Jest to w istocie składowa ogólnej zasady życia duchowego, która mówi, że Boga można spotkać jedynie tu i teraz oraz tak, jak On sam chce się objawić. Jednym słowem można Boga poznać jedynie bardzo mocno trzymając się rzeczywistości. Tak stopniowo doszedł do rozpoznania Syna Bożego w Jezusie z Nazaretu niewidomy od urodzenia w 9. Rozdziale Ewangelii według św. Jana. Jego uparte trzymanie się faktów i wyciąganie z nich logicznych wniosków doprowadziło go do ponownego spotkania z Jezusem i wyznania wiary w Niego. Pomogli mu w tym faryzeusze, którzy go atakowali, ale przez ataki zmuszali do refleksji i wracania do konfrontacji z faktami. Konflikty także zmuszają do refleksji i weryfikacji rzeczywistości. Jednak od nas zależy, czy podejmiemy ją, czy zamkniemy się na prawdę, starając się przeforsować swoje, przez co wzmacnia się nasz dystans do innych w relacji „ja/my – on/ona/oni”.

Nie da się bowiem na siłę komuś uświadomić prawdy odsłaniającej się w konflikcie ani wynikającej stąd potrzeby zrozumienia drugiej strony. Najczęściej w konfliktach, jak można to zaobserwować, każdy walczy o swoje na zasadzie – „moje lepsze”. Okazuje się bowiem w praktyce, że ludzie najbardziej pragną nie miłości, czy szczęścia, co zazwyczaj wszyscy deklarują, ale tego, aby było tak, jak oni chcą. Szczególnie dramatycznie wygląda taki konflikt w małżeństwie. Jeżeli jedno wygra w takiej walce o swoje, to ostatecznie okazuje się, że oboje przegrali to, co najważniejsze – wzajemną miłość. Ta zasada przenosi się także na inne wspólnoty. Jeżeli jedna strona „wygra”, tj. przeforsuje swoją wolę, to w istocie przegrywa wspólnota jako całość. Jeżeli np. „zwycięzcą” jest lider, który stłumił niezadowolenie i szemranie siłą, lecz jednocześnie zabił w ludziach twórczego ducha. Załoga staje się coraz bardziej bierna i cała wspólnota w ten sposób traci życie.

Niektórzy ludzie z uporem trzymają się własnych racji i przez ten upór utrzymują relację zewnętrzną „ja/my – on/ona/oni”, gdyż jest ona dla nich bardziej bezpieczna. Relacja osobowa i spotkanie „ja – ty” zobowiązuje i czegoś od nich wymaga, przede wszystkim odpowiedzialności, a to jest niewygodne.

Bywa jednak też tak, że uparte trzymanie się swojego ma u podstaw „swój” interes czysto ekonomiczny czy polityczny, co powoduje podtrzymywanie, a nawet wywoływanie konfliktów. W tym przypadku, wydaje się, trzeba się zastanowić nad mechanizmem, który prowadzi do tego. Jaki jest powód ku temu? Niestety czasami są to wadliwe struktury i układy związane z podziałem kompetencji i władzy. Jeżeli istnieje taki zły układ formalny, to tylko przy prawdziwie świadomych i odpowiedzialnych osobach można unikać konfliktów. Trudno jednak zakładać, że zawsze konfliktogenne stanowiska będą sprawowały osoby naprawdę odpowiedzialne i przekraczające swoje ograniczenia. W społeczeństwie jest raczej niewiele takich osób. W takim przypadku zmiany strukturalne są praktycznie niezbędne. Niemniej same zmiany strukturalne, bez zmiany ducha relacji, nie spowodują automatycznie poprawy sytuacji.

Wydaje się, że prawdziwym rozwiązaniem konfliktu jest wzrost poczucia wspólnoty („my”) pojawiający się we wzajemnej relacji. Czasem trzeba użyć specjalnych środków pedagogicznych, aby doprowadzić do wzrostu świadomości wspólnoty. Zależą one od konkretnej sytuacji, jaka się pojawia w konflikcie. Inne rozwiązania, które nie prowadzą do wzrostu więzi, nie są w istocie rozwojowe. W podejściu do konfliktów należy tak działać, aby zadbać o wzrost owego „my”. Czasem lepiej coś stracić, aby zyskać lepsze wzajemne zrozumienie.


Włodzimierz Zatorski OSB „Podstawy duchowości lidera”

Skorzystaj:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl