Fałszowanie naszej wewnętrznej prawdy pod pretekstem zjednoczenia z Bogiem jest najtragiczniejszą niewiernością przede wszystkim wobec samego siebie

Wszystkie tradycje religijne, na ich własnym po­ziomie, mają sposoby integracji zmysłów w wyż­sze formy modlitwy. Największe dzieła literatury mistycznej mówią nie tylko o „ciemności” i „nieznanym”, lecz także – niemal jednym tchem – o niezwykłym rozkwicie „duchowych zmysłów” i świadomości estetycznej, która wspiera i interpretuje wyższe i bardziej bezpośrednie zjednoczenie z Bogiem „ponad doświadczeniem”. W rzeczywistości nad tym, co jest ponad doświadczeniem, trzeba w pewien sposób medytować, by następnie zinterpretować to w zwykłym języku ludz­kiej myśli, zanim sam podmiot będzie mógł to prze­myśleć i przekazać innym. Oczywiście nie spo­sób zaprzeczyć, że można wejść w głęboką mo­dlitwę kontemplacyjną nie będąc zdolnym do refleksji nad nią, a tym bardziej do przekazania innym czegokolwiek z tego doświadczenia. Jednak w literaturze mistycznej, która wyraźnie zakłada porozumienie poprzez obrazy, symbole i pojęcia, czytamy, że kontemplacji w „niepoznaniu” na ogół towarzyszą nadzwyczajne zdolności poetyckie i teologiczne, jeśli owocami tej kontemplacji mamy dzielić się z innymi.

Dla przykładu, św. Jan od Krzyża napisał Żywy płomień miłości językiem bardzo konkretnym i pięknym, wyraźnie odbijającym jeszcze bardziej konkretne i piękne doświadczenie, które zostało tu przełożone na terminy symboliczne. Jednak wprost mówi, że to, co opisuje, jest „smakiem wiecznego życia” i „doświadczeniem życia Boga”, a także działania Ducha Świętego. Twierdzi on:

Lecz dlaczego tu mówi, że ją rani, skoro w duszy nie ma już nic do zranienia, gdyż cała jest już wypalona w ogniu miłości?

Jest rzeczą zdumiewającą, że miłość nigdy nie spoczywa, lecz zawsze działa i jak ogień rozrzuca iskry na wszystkie strony. I ta właśnie miłość, której zadaniem jest ranić, by tym więcej rozmiłować i spra­wić rozkosz, będąc w tej duszy jednym żywym pło­mieniem, zadaje jej rany swymi delikatnymi płomykami najczulszego kochania. Radosna i szczęśliwa, w najrozmaitszy sposób wyraża i objawia swo­ją miłość, podobnie jak Aswerus swej oblubienicy Esterze w pałacu w czasie uczty (Est 2,17nn). Miłość ta ukazuje duszy swe wdzięki, odsłania przed nią swe bogactwa i chwałę swej wielkości, i spełnia się w duszy to, o czym mówi Księga Przypowieści: Rozkoszowałam się na każdy dzień, igrając przed Nim w każdy czas, igrając na okręgu ziemi, a roz­koszami moimi być z synami człowieczymi (8,30–31), to jest obdarzać ich nimi. Dlatego te rany, będące objawami miłości, jak płomyki delikatnych dotknięć wychodzące z ogniska miłości, która nigdy nie spoczywa, wnikają ustawicznie w duszę; i dlatego mówi ona, że dotykają i ranią.

W samej bowiem istocie duszy, dokąd ani szatan, ani świat, ani żaden zmysł sięgnąć nie zdoła, odbywa się to święto Ducha Świętego. I dlatego jest ono tym bezpieczniejsze, istotniejsze i rozkoszniejsze, im jest głębsze, gdyż im jest głębsze, tym jest czystsze, z tym większą obfitością, tym częściej i całkowiciej Bóg się udziela. Duch i dusza odczuwa tym większą rozkosz i radość, że spełnia tu wszystko sam Bóg, podczas gdy dusza niczego nie czyni ze swej strony. Chociaż bowiem dusza nic nie może czynić sama bez pomocy zmysłów cielesnych, to jednak teraz, będąc w wysokim stopniu wyzwolona i daleka od nich, ma tylko jedno zadanie: przyjmować wszystko od Boga, który sam jeden może bez pomocy zmysłów poruszać głębię duszy i w niej działać. Dlatego też wszystkie poruszenia takiej duszy są Boskie i chociaż nie są jej własnością, należą jednak do niej, Bóg bowiem wywołuje je w niej z nią razem, gdyż ona daje swą wolę i zgodę.

Kiedy św. Jan od Krzyża mówi, że nie wolno nam starać się dojść do jedności z Bogiem próbując wywołać obraz takich przeżyć w sercu, z pewnością nie unieważnia tego, co powiedział, gdy starał się przekazać doświadczenie Boga, które już miało miejsce. Przeciwnie, usiłuje ostrzec swego czytelnika przed egocentryczną i duchowo ślepą manipulacją obrazami i pojęciami w celu osiągnięcia rzekomego poznania Boga jako przedmiotu, który umysł ludzki może zrozumieć oraz ująć w terminach intelektualnych i estetycznych. Oczy­wiście jest to pewien rodzaj poznania Boga osiągnięty przy pomocy wyobrażeń i rozumowania, ale to w ogóle nie jest rodzaj doświadczalnego poznania, jakie opisuje św. Jan od Krzyża. Posługiwanie się obrazem i pojęciem w klimacie egocentryzmu i fałszywego mistycyzmu rzeczywiście może być bardzo niebezpieczne.

Z niebezpiecznym nadużyciem obrazu i symbolu spotykamy się na przykład u tego, kto usiłuje wywołać „żywy płomień” poprzez ćwiczenie woli, wyobraźni i pragnienia, i przekonuje samego siebie, że „doświadczył Boga”. W takim przypadku drogo zapłaci za to oczywiste zmyślenie, ponieważ istnieje ogromna różnica pomiędzy owocami prawdziwie religijnego doświadczenia – czystego daru Boga – i skutkami samej tylko wyobraźni. Jakub Boehme wyraził to dobitnie: „W którym miejscu Pismo Święte mówi, że nierządnica może stać się dziewicą na mocy dekretu?”

Żywe doświadczenie Bożej miłości i Ducha Świętego w „płomieniu”, o którym mówi św. Jan od Krzyża, jest prawdziwą świadomością, że się umarło i powstało w Chrystusie. Jest to doświadczenie mistycznej odnowy, wewnętrznej przemiany dokonanej wyłącznie mocą pełnej miłosierdzia miłości Bożej. Oznacza ono „śmierć” skoncentro­wanego na sobie i samowystarczalnego „ego”, a tak­że ukazanie się nowego wyzwolonego „ja”, które żyje i działa „w Duchu”. Lecz jeśli stare „ja”, wyrachowane i niezależne „ego”, dla własnej satysfakcji i zysku stara się jedynie naśladować skutki takiej odnowy, wówczas rezultat jest dokładnie od­wrotny – „ego” usiłuje umocnić się w swojej sa­molubnej egzystencji. Ziarno pszenicy nie wpadło w ziemię i nie obumarło. Pozostaje twarde, samotne i suche. Nie przynosi żadnego owocu, a zgła­sza jedynie śmieszne roszczenia – kłamliwe i bluźniercze przechwałki! Jeśli kłamstwo i zmyślenie szkodzą psychice nawet w zwykłych stosunkach międzyludzkich (w dziedzinie, gdzie pewna ilość fałszu nie jest czymś niezwykłym), to wszelka obłuda w tym, co stanowi podstawę naszej istoty i w relacji z samym Bogiem, który porozumiewa się z nami poprzez naszą wewnętrzną prawdę, jest zgubna. Fałszowanie naszej wewnętrznej prawdy pod pretekstem zjednoczenia z Bogiem jest najtragiczniejszą niewiernością przede wszystkim wobec samego siebie, wobec własnego życia, wobec samej rzeczywistości i oczywiście wobec Boga. Takie zakłamanie kończy się całkowitym zwichnięciem naszej moralnej i intelektualnej egzystencji.


Thomas Merton OCSO „Modlitwa kontemplacyjna”

Zobacz inne publikacje Thomasa Mertona:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl