Gdy życie traci swoje ukierunkowanie na Boga, pozostaje jedynie ukierunkowanie na śmierć [cz.4]

Dlatego dotarcie do samego siebie oraz rozwinięcie własnego człowieczeństwa w ramach właściwie rozumianej samorealizacji stanowią tymczasowe cele. Ostatnim, wielkim celem jest Bóg. Jestem pewien: chrześcijańskie wartości także ulotnią się, gdy to nakierowanie się na Boga zostanie przekreślone. W dramatyczny sposób odczuwamy to w czasie kryzysów życiowych, gdy nagle wszystko zostaje zakwestionowane, gdy przyjaźń i miłość wiszą na włosku. Jeżeli człowiek nie chce się wówczas dać ponieść nienawiści, gniewowi i złości, potrzebuje niewzruszonej wiary w potęgę miłości oraz w to, że miłość jest silniejsza niż jakakolwiek wściekłość czy rozczarowanie. W takich sytuacjach wewnętrznemu niepokojowi można przeciwstawić jedynie pewność, że przykazanie miłości bierze swój początek u Boga, że działa się zgodnie z wolą Bożą, kiedy oferuje się przebaczenie i dąży do pojednania. Wiara w zwycięstwo miłości opiera się na samej miłości Bożej – wyłącznie dlatego ta wiara może nam przez całe życie służyć jako drogowskaz. To chrześcijańska myśl, jakkolwiek odnosi się nie tylko do chrześcijaństwa. W niemal wszystkich kulturach bowiem wartości etyczne wywodzą się z religii, niemal wszędzie czerpią swą moc życiową z boskiego pochodzenia.

W węższym sensie chrześcijańska jest wiara w to, że dotarcie do Boga jest ostatnim właściwym celem ludzkiego życia – jego przeznaczeniem. W niewyszukany sposób cel ten został sformułowany w dawnym katechizmie katolickim. Pierwsze zdanie brzmi bowiem: „Po co człowiek przebywa na ziemi?”, a odpowiedź zamyka się w lapidarnym sformułowaniu: „Aby pójść do nieba”. Chodzi tu o to, że nakierowanie się człowieka na Boga znajduje swoje ukoronowanie w śmierci, a to dopełnienie polega na tym, że wraz ze zmartwychwstałym Chrystusem bierzemy udział w wiecznej chwale. Taka jest odpowiedź wiary chrześcijańskiej na pytanie o sens życia, a ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie piękniejszego celu życiowego, niż ta obietnica.

Co dziwne, prezentując taki pogląd stanowię dzisiaj mniejszość. Z dyskusji, listów od czytelników i prywatnych rozmów wiem, że wiara w życie wiecznie jest gwałtownie odrzucana przez wielu jako zwodnicza iluzja, jako marna pociecha, znajdująca się poniżej godności oświeconych ludzi. Nie tylko piekła, ale również i nieba nie może i nie powinno być, a ten, kto upiera się przy istnieniu zaświatów, odbierany jest z pełnym powątpiewania potrząsaniem głową, jakby przyłapało się go na niewybaczalnym oszukiwaniu samego siebie. Już lepiej nie mieć żadnego celu życiowego, niż coś takiego! Wraz ze śmiercią wszystko przemija i wszystko jest zakończone, tego w każdym razie większość z nich jest pewna.

Skąd taka pewność? Skąd to zadurzenie w beznadziei? Tego nie wiem. Wiem jednak jedno: gdy życie traci swoje ukierunkowanie na Boga, pozostaje jedynie ukierunkowanie na śmierć. Wówczas wszystkie nasze pozostałe cele wypływają z faktu, że koniec jest ostateczny – i wszystkie siłą rzeczy sprowadzają się do tego, aby z życia wycisnąć tyle, ile się da, zanim trumna zniknie w ziemi. Istnieje na to pewne „fachowe określenie”. Brzmi ono – „wzrost”. Credo tych, którzy wierzą, że wszystko dowolnie można wymierzyć, wszystko da się wciąż powiększać – produkcję, produkt krajowy brutto, dobrobyt, standard życia, objętość skokową, liczbę koni mechanicznych. Również jednak uznanie, władzę, sukces i szczęście.

Tymczasem dla każdego ten nasz fetyszyzm dobrobytu i wzrostu okazał się iluzją, a powody są już oczywiste. Po pierwsze bowiem – z materialnych celów nie wynika żaden cel życia, są one jedynie stacjami pośrednimi na drodze do ostatecznego końca. Po drugie zaś – wiara w bezgraniczne pomnażanie dóbr i towarów nie trzyma się tego, co obiecuje. Możliwości ziemi nie są bowiem niewyczerpane. I w żadnym razie dobrobyt nie czyni bynajmniej szczęśliwszym – wręcz przeciwnie. Nienasycone społeczeństwo musi się teraz zająć przezwyciężaniem szkodliwych konsekwencji swojej żądzy konsumpcji. Takie konsekwencje, jak choroby psychiczne, egoizm, brak jakichkolwiek zahamowań, demoralizacja i brak orientacji. Takie społeczeństwo nie ma do zaofiarowania więcej sensownych alternatyw. Czy więc nie powinniśmy się wreszcie przyznać do tego, że myliliśmy się, kiedy nadzieję na życie wieczne zastąpiliśmy celami materialnymi? Czy nie powinniśmy ponownie zwrócić się ku takiemu celowi życiowemu, który wewnętrznemu bogactwu przypisuje równe znaczenie, jak temu zewnętrznemu? Czy nie powinniśmy tak samo rozpatrywać pragnień materialnych i potrzeb duchowych, kiedy zobowiązujemy się do wartości i ideałów?

przeczytaj poprzednie odcinki: pierwszy | drugi | trzeci


Notker Wolf | Dokąd pielgrzymujemy. Dawne drogi i nowe cele – kup w księgarni on-line

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl