Jak wyleczyć się z acedii – duchowej depresji? Przeczytaj kilka rad i wskazówek [cz.7]

Mądrość, której dziełem jest przecież „mieć wgląd w źródła tego, co cielesne i bezcielesne” i zdobyć poznanie ukrytych zależności naszego stworzonego bytu, może przedłożyć cierpiącemu na acedię jeszcze inne panaceum, które współczesnemu człowiekowi nie wyda się zapewne początkowo nazbyt pociągające. Chodzi o ćwiczenie się w śmierci, o w-ćwiczenie się w nią.

Nasz święty nauczyciel [Makary Wielki], który praktykował ascezę w stopniu doskonałym, powiedział: „Trzeba, aby mnich ciągle trwał w gotowości, tak jakby musiał umrzeć jutro, a z kolei by tak używał swego ciała, jakby musiał żyć z nim jeszcze przez wiele lat. Taka postawa – mówi – z jednej strony niweczy myśli acedii i sprawia, że mnich jest bardziej gorliwy. Z drugiej strony zachowuje jego ciało w dobrym zdrowiu i utrzymuje ciągle jednakową jego wstrzemięźliwość”.

Kwestia, co dokładnie kryje się za tym ćwiczeniem się w śmierci, wykracza poza ramy tego tekstu. Acedia, która swoje tajemne korzenie ma w zakochaniu się w samym sobie, jest także wyrazem przesadnego i niezdrowego przywiązywania uwagi do ziemskiego, materialnego życia i do nieuchronnie z nim związanych zmian i niepowodzeń. Myśl o śmierci poucza nas natomiast, że nasza prawdziwa ojczyzna nie jest tutaj. Umożliwia trzeźwą ocenę realiów tego życia i adekwatne zachowanie wobec nich. Druga część aforyzmu świadczy natomiast o tym, że to całkowicie świadome życie ku śmierci jest podtrzymywane przez na wskroś zdrową chęć życia. Głęboki, chrześcijański sens owego wprawienia się w śmierć pięknie uwypukla poniższy tekst, jaki zachował się w syryjskiej tradycji:

Doskonałość życia polega na oswojeniu się ze śmiercią ze względu na Boga. Prowadzi ono nasz umysł do zjednoczenia z Bogiem. W rzeczywistości bowiem umrzeć dla Boga dzięki sile nadziei jest tym samym, co w Nim żyć. Gdyż jest napisane: Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa (Ga 3,27). Przyoblekliście się więc w Tego, który prawdziwie jest zmartwychwstaniem duszy i który w Ostatecznym Dniu wskrzesi swoją mocą wszelkie ciało. Wtedy wszyscy, którzy mają w Nim udział, dzięki Niemu znajdą wypełnienie, a On w doskonałości swego ciała doprowadzi ich do jedności z Ojcem, ku chwale i uwielbieniu Świętej Trójcy.

W tym samym duchu należy rozumieć następny tekst, który na pierwszy rzut oka może sugerować raczej niechrześcijańską wrogość wobec ciała. Ewagriusz łączy w nim tradycyjną grecką mądrość z chrześcijańskim etosem oraz ukazuje głębokie, symboliczne znaczenie mniszej „anachorezy” i życia na pustyni. Chrześcijanin, przeznaczony do wolności w Bogu, jest powołany do codziennego obumierania „staremu człowiekowi” i jego egoistycznym żądzom, do opuszczenia swego ciała, co wiedzie ku śmierci (Rz 7,24) i wyjścia przed oblicze Pana (2 Kor 5,8). Na tej drodze pragnie pozostać wierny swojemu powołaniu. Różnorodne formy monastycznej ascezy, owego ćwiczenia się w cnotach, nie mają innego sensu, jak tylko stworzenie przestrzeni dla takiego wyjścia i „umierania ku życiu”.

Oddzielić ciało od duszy może tylko Ten, który je złączył, lecz oddzielić duszę od ciała może też każdy, kto dąży do cnoty. Odsunięcie się bowiem od świata Ojcowie nasi nazywają ćwiczeniem się w umieraniu i ucieczką od ciała.

„Anachoreza”, czyli „wycofanie się” z zamieszkałego obszaru do niezamieszkałej krainy, jest w rzeczywistości raczej procesem duchowym, a monastyczna anachoreza na pustyni jest jedynie jego cielesnym symbolem.

Anachoretą jest ten, kto pobożnie i z zachowaniem sprawiedliwości zamieszkuje świat ukształtowany wewnątrz.

Duchowe poznanie i mądrość sprawiają ostatecznie jeszcze coś innego – pozwolą nam ujrzeć głębszy kontekst, jaki kryje się za niedolą acedii. Człowiek nie będzie już odtąd mówił, że „nie ma nikogo, kto widzi mą udrękę”, gdyż pojmie, iż jeszcze jest dla niego nawiedzenie ze strony Pana (Hi 34,9). Zrozumie, że również Apostołowie byli w ten sam sposób kuszeni (2 Kor 11,23–28). I jeśli „dusza nie pozna, że także to, iż ktoś kuszony jest z powodu Chrystusa, jest darem Ducha”, to pojmie to dzięki tym oto słowom: Wam bowiem z łaski dane jest to dla Chrystusa: nie tylko w Niego wierzyć, ale i dla Niego cierpieć (Flp 1,29).

Człowiek przekonuje się powoli, że „pokusy” te są konieczne, że bez nich nie mógłby zostać ocalony. Podobnie jak żaden atleta nie może zostać uwieńczony laurem nie stoczywszy wpierw walki, tak nie sposób być chrześcijaninem bez zmagań i przeciwności.

Kto ucieka przed pożytecznym ostatecznie kuszeniem, ten ucieka przed życiem wiecznym,

gdyż

kto nie znosi udręk ze względu na Pana, ten nie będzie widział weselnej komnaty Chrystusa.

Acedia, duchowa depresja, traci w ten sposób z czasem swój pozornie całkiem bezsensowny, czysto niszczycielski charakter i staje się drogą autentycznego życia chrześcijańskiego, prawdziwego naśladowania Chrystusa.

Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga kapłanem na wzór Melchizedeka (Hbr 5,7–10).


Gabriel Bunge „Acedia – duchowa depresja”

Materiały dodatkowe:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl