John Main OSB: „Tak więc modlitwa, medytacja, nie jest tylko sposobem „wykonywania” czegoś, ale sposobem „stawania się” kimś – stawania się sobą – istotą stworzoną przez Boga, odkupioną przez Jezusa i będącą przybytkiem Ducha Świętego”

Bóg jest naszym Stworzycielem i Ojcem, Jezus Odkupicielem i Bratem. Duch Święty mieszka w każdym z nas tak, że jesteśmy wszyscy – jak słyszeliśmy tego wieczora podczas pięknej liturgii nieszporów– dosłownie „przybytkiem świętości” Medytacja jest procesem, dzięki któremu przyjmujemy te prawdy: prawdę o Bogu, prawdę o nas samych, a także prawdę o naszych bliźnich. Albowiem w naszej codziennej medytacji odcinamy się od wszystkiego, co moglibyśmy uznać za „ulotną chwilę”, a w pełni otwieramy się na wielkość i cud Boga – na wieczną teraźniejszość. W tym procesie odkrywamy zarówno naszą własną wspaniałość jak i wyzwalamy naszą zdolność do zachwytu. Moglibyśmy powiedzieć, że odkrywając swoją wartość odkrywamy Boga, Stwórcę wszystkiego, co cenne. Odkrywamy, jak Gerard Manley Hopkins, że „świat nasz jest przepełniony wspaniałością Boga”.

Kluczowym słowem w tym, co powiedziałem powyżej, jest „wyzwalamy”. Medytacja jest procesem wyzwalania: musimy do tych prawd dojrzeć, wyzwolić je w nas. Wydaje mi się jednak, najdrożsi bracia, że jako chrześcijanie często prowadzimy nasze życie zaledwie na poziomie planów i „pobożnych życzeń”. Ramy naszej odpowiedzi Bogu są w efekcie niepełne, ograniczone do racjonalności; to zwykły zestaw wyznań wiary i oklepanych formułek. W modlitwie medytacyjnej przygotowujemy się na pełne doświadczenie osobowej obecności Jezusa w nas; ta pełnia – pleroma – jest osobową obecnością Ojca, Syna i Ducha Świętego – pełnia życia Trójcy Przenajświętszej w nas samych.

Jest to prawda, którą musimy wyzwolić w naszych sercach: uwolnić ją od jedynie teologicznego i retorycznego sformułowania tak, aby ożyła, wzbogaciła i przemieniła nasze życie, posługując się słowami św. Piotra we wnętrzu serca człowieka (1 P 3,4). Tak więc medytacja jest procesem uczenia się. Jest uczeniem się uważności i koncentracji. Słowo attend, po angielsku oznacza być uważnym, a po francusku oczekiwać. Musimy się nauczyć tych podstaw modlitwy, o ile mamy zamiar kiedykolwiek odkryć całe bogactwo wiary chrześcijańskiej, bogactwo naszej bliskości z Jezusem i zaangażowania w Nim.

Podczas medytacji uczymy się zatem zwracać uwagę na obecność Jezusa w nas samych. Zaczynamy tę naukę od opanowywania rozproszeń, pozostawania w pokoju i odczuwania pełnej radości z cudowności naszego stworzenia. Uczymy się więc śpiewać z głębi serca wraz z psalmistą: Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie (Ps 139,14).

Próbuję zwrócić waszą uwagę, drodzy bracia, na prawdę, która zazwyczaj umyka naszej uwadze w zderzeniu z rzeczywistością życia codziennego, najczęściej wypełnionego zwykłą krzątaniną. Tą fundamentalną prawdą jest fakt, że każdy z nas został stworzony przez Boga i dlatego każdy z nas czerpie z Niego swoje istnienie. Jest to na tyle elementarna prawda wiary, że większość z nas po zapoznaniu się z nią w dzieciństwie, nie uświadamia jej sobie w pełni na tyle, żeby uwolnić ją od skostniałości twierdzenia i pozwolić jej służyć, zgodnie z jej rzeczywistym celem: ożywieniu naszego życia duchowego. Myślę, że to miał na myśli autor Listu do Hebrajczyków, kiedy gorąco nawoływał:

Dlatego pominąwszy podstawowe nauki o Chrystusie przenieśmy się do tego, co doskonałe, nie zakładając ponownie fundamentu, jaki stanowią […] A i to uczynimy, jeśli Bóg pozwoli (Hbr 6,1–3).

Gdyby ludzie się zastanowili – nie teoretycznie ale bezpośrednio – nad swoim boskim pochodzeniem, musiałoby w nich rosnąć dzień po dniu, choćby w sposób nie w pełni świadomy, zrozumienie cudownej przestrzeni, w jakiej wszyscy istniejemy. Cudu naszego istnienia nie umniejsza ani nie zagraża mu, ale niewyobrażalnie go podnosi, nieskończona moc i wspaniałość Boga, naszego Stworzyciela. Już sama ta prawda wystarczyłaby do naszego codziennego wzrostu w bojaźni Bożej. Ale dzięki objawieniu Jezusa, naszego Odkupiciela, naszego Brata, odkrywamy nie tylko nasze boskie pochodzenie, ale także i to, że jesteśmy powołani do udziału w Jego Boskiej naturze i w życiu Boga. Tak więc każdy z nas na równi i w wyjątkowy mu sposób, posiada nieskończone znaczenie i nieskończoną wartość. Nie tylko zostaliśmy stworzeni przez Boga z niczego, ale każdy z nas jest odkupiony i zbawiony przez Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Następnie jako stałą gwarancję naszego pochodzenia, naszego znaczenia i wartości , Jezus zesłał swojego Ducha , aby w nas zamieszkał i uczynił nas „przybytkiem świętości”, w którym mieszka sam Bóg.

„Doskonałość”, do jakiej wzywa autor Listu do Hebrajczyków, miała być czymś więcej niż rozumowym opracowaniem prawd wiary, „fundamentów chrześcijaństwa”, jak je nazywa. Chodzi mu raczej o wyzwolenie się z nieuniknionych ograniczeń i zniekształceń tych prawd. Owa doskonałość – jak dalej pisze – rozwija się , kiedy ludzie:

…zakosztowali daru niebieskiego i stali się współuczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku… (Hbr 6,4n).

Dla nas wszystkich prawdy naszej wiary znane są na płaszczyźnie teorii teologicznej. Podczas medytacji dążymy do wcielenia ich w życie – lub mówiąc ściślej: pragniemy żyć tymi prawdami. Modlitwa medytacyjna nie jest ćwiczeniem intelektu, podczas którego rozważamy teologiczne założenia. Podczas medytacji w ogóle nie myślimy o Bogu, ani o Jego Synu Jezusie, ani o Duchu Świętym. Podczas medytacji pragniemy czegoś niezrównanie wspanialszego: pragniemy być z Ojcem, być z Jezusem, być z Duchem Świętym, a nie tylko rozmyślać o Nich. Czymś jednym jest wiedzieć, że Jezus jest objawieniem Ojca; wiedzieć, że Jezus jest Drogą prowadzącą do Ojca. Jednak czymś zupełnie innym jest doświadczać w sobie samym obecności Jezusa, doświadczać mocy Jego Ducha, a poprzez to doświadczenie dostąpić obcowania z Jego Ojcem, który jest także naszym Ojcem.

Kiedy zastanawiamy się nad naszym statusem istot stworzonych, który wyznacza nasz ludzki stan, dostrzegamy, że modlitwa – która jest wyrazem fundamentalnej relacji między Stwórcą i stworzeniem w naszym życiu – nie jest czynnością marginalną czy nadobowiązkową. Z drugiej strony nie jest także tylko obowiązkiem! Modlitwa jest fundamentalnym i podstawowym doświadczeniem naszego bytu. Innymi słowy, modlitwa jest procesem, w trakcie którego odkrywamy kim jesteśmy, a zarazem dlaczego istniejemy. W istocie jest to proces, poprzez który i w którym skupiamy się z pełną koncentracją na naszej ludzkiej naturze, tak że poprzez zwrócenie się ku naszej stworzoności zwracamy się ku naszemu Stwórcy w akcie służby i oddania. Święty Augustyn ujął to bardzo zwięźle i pięknie:

Najpierw człowiek ma powrócić do siebie samego, ażeby w ten sposób uczyniwszy sobie niejako stopień, wznieść się i unieść do Boga.

Tak więc modlitwa, medytacja, nie jest tylko sposobem „wykonywania” czegoś, ale sposobem „stawania się” kimś – stawania się sobą – istotą stworzoną przez Boga, odkupioną przez Jezusa i będącą przybytkiem Ducha Świętego.

Zatem, najmilsi bracia, podczas medytacji wykraczamy poza sferę myśli, nawet tych pobożnych. Medytacja bowiem nie jest sprawą myślenia, ale bycia. W modlitwie kontemplacyjnej dążymy do tego, ażeby stać się osobą, którą mamy się stać w zamyśle Boga, nie poprzez myślenie o Bogu, ale dzięki przebywaniu z Nim. Już samo pozostawanie w Jego obecności jest wystarczające. Obcowanie z Nim pomaga nam stawać się sobą do urzeczywistnienia powołania, którym On nas obdarzył. To jest treść przesłania Jezusa, aby najpierw dążyć do osiągnięcia Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie nam dodane.

Jednak nie jest to łatwe zadanie dla nas wychowanych we współczesnej kulturze zachodniej. Wszyscy jesteśmy ukształtowani przez typowe dla tej kultury przywiązywanie nadmiernej wagi dla działalności intelektualnej. Określiliśmy się, zdecydowanie zbyt wąsko, jako „istoty rozumne”. Wydaje mi się, że jest to jeden z zasadniczych powodów zubożenia naszego życia modlitwy. Gotowość do oddania Bogu całego siebie w modlitwie zaginęła i jedynie intelektualne, słowne odpadki funkcjonują w naszym bardzo zubożałym rozumieniu modlitwy. Celem naszej chrześcijańskiej modlitwy jest przyzwolenie, aby misterium Boga i Jego milcząca obecność w nas, były nie tylko jednymi z tych rzeczywistości, na które według słów kardynała Newmana wydajemy jedynie „intelektualne zezwolenie”, ale muszą się one stać rzeczywistościami, które nadają sens i kształt, są celem wszystkiego, co robimy i czym jesteśmy. Tak więc modlitwa to nie czas na wypowiadanie słów, choćby były one najpiękniejsze i najszczersze. Wszystkie nasze słowa stają się nieużyteczne, kiedy wchodzimy w mistyczną komunię z Bogiem, którego Słowo zarówno poprzedza , jak i następuje po wszystkich słowach.

W modlitwie zatem dążymy do osiągnięcia prostoty. To właśnie odkryłem w moim doświadczeniu powtarzania mantry. Posłuchajmy znowu Jana Kasjana:

Niech tej właśnie formy modlitwy tak długo trzyma się dusza, aż wzmocniona jej nieustannym powtarzaniem i rozmyślaniem porzuci zbytek wszelkich innych myśli. Ubóstwo tego jednego wersetu bardzo szybko zaprowadzi ją bowiem do pierwszego z ewangelicznych błogosławieństw.

To, o czym chcę tutaj powiedzieć, to fakt istnienia realnego niebezpieczeństwa grożącego ludziom religijnym – a w istocie wszystkim ludziom – przeżycia naszego życia jedynie jako odpowiedzi na teorie o Bogu, bez pogłębienia naszej świadomości , zrozumienia i oddania dla życia Jego samouwierzytelniającą się prawdę. Istnieje bardzo realne zagrożenie dla nas, osób duchownych, że bardzo łatwo wpadniemy w stan samozadowolenia powtarzając formułę credo. Podobni do polityków, którzy poprzestają na mówieniu o wolności, braterstwie i równości. Efektem tego przeintelektualizowania w wielu przypadkach jest to, że żyjemy połowicznie. Można sformułować to bardziej dosadnie: jesteśmy na wpół umarli. Jak przedstawiły to kobiety z Canterbury, w Mordzie w katedrze T. S. Eliota, ukazując wizję połowicznego życia, które w istocie prowadzi do śmierci:

A mimo to żyłyśmy nadal
Żyjąc i żyjąc częściowo,
Zbierając rozbite kawałki…

Jaką właściwą drogę mamy przed sobą? Osobliwie i paradoksalnie, ale jest nią droga ubóstwa. Wszyscy chrześcijanie są powołani do życia w duchu ubóstwa. Znaczy to, że każdy z nas ma zachować taki stopień bezinteresowności, jaki pozwoli mu na głęboką wrażliwość na istnienie drugiego – Boga i bliźniego. Według mnie na tym polega ubóstwo zakonne: jest to dawanie świadectwa i okazywanie wdzięczności za cudowność Boga w pełni Jego chwały. A jednocześnie na uznaniu, że całe nasze jestestwo jest udziałem i odbiciem Jego Bytu. To poczucie musimy w sobie odświeżyć i uczynić treścią naszego życia. W przeszłości tak często mówiło się o ubóstwie jedynie w sensie negatywnym, jako o wyrzeczeniu, gdy tymczasem powinniśmy zastanowić się i odkryć niewyobrażalne bogactwo chrześcijańskiego ubóstwa, w którym stajemy się, zgodnie ze słowami Jana Kasjana, „chwalebnie ubodzy”. Dzięki życiu w ubóstwie uznajemy – zarówno potwierdzając jak i z zadowoleniem przyjmując – prawdę bogactwa i chwały Boga. I w tym przyznaniu, potwierdzeniu i zgodzie, każdy z nas uświadamia sobie, że nasza własna chwała i bogactwo są w Nim, a nie w tym, co nagromadziliśmy. Duch ubóstwa jest więc w swym najgłębszym sensie afirmacją naszej własnej nieskończonej wartości. Jesteśmy drogimi podmiotami miłości Boga.

john_main_cytat

Ślub ubóstwa, jaki składamy jako mnisi, zobo­wiązuje nas do nieustannego doświadczania Boga, które przenika nasze życie dużo głębiej niż bez­pośrednie wyrzeczenie się osobistej własności. Brak trosk i zabieganie o pieniądze i dobra materialne, to tylko symbol prawdziwego ubóstwa, które ślubujemy jako mnisi. Prawdziwe ubóstwo, w którym mamy się ćwiczyć, to wyrzeczenie się izolującego nas egoizmu. Musimy wyrzec się wszystkich alienujących skłonności do materializmu, które z łatwością mogą oddzielić każdego z nas barierą tak prawdziwą, jak prawdziwe są grube mury miast średniowiecznych lub podobną do drutu kolczastego zabezpieczającego ściśle strzeżone rezydencje na przedmieściach. Za tymi osłaniającymi nas ogrodzeniami możemy we własnym przekonaniu czuć się bezpiecznie. Jednak takie nasze bezpieczeństwo nie wypływa z akceptacji, z życia w harmonii z naszym otoczeniem, z bliźnimi. Jest to bezpieczeństwo w ostateczności zależne od zapiekłej odrazy i odrzucenia wobec innych, przejawiające się stałą gotowością ataku na tych wszystkich, którzy zagrażają naszemu wyobcowaniu. Zapytacie zapewne: jaki ma to związek z medytacją? W medytacyjnej, kontemplacyjnej modlitwie, pragniemy praktykować zupełne ubóstwo – jak mówi Jan Kasjan „ubóstwie jednego wersetu” – czyli powtarzanie mantry. Kasjan wyraźnie stwierdza, że dzięki tej praktyce odkrywamy niezmierzone bogactwo Boga. Wtedy nasze „bezpieczeństwo” nie jest zbudowane na siłach negatywnych, ale zakorzenione w pozytywnej sile w kosmosie, w samym Bogu, którego poznajemy i doświadczamy przez miłość Jezusa. To jest opoka chrześcijańskiego zawierzenia i odwagi, która uwierzytelnia nam słowa i czyny Jezusa.

Musimy więc być wyjątkowo ostrożni, używając takich pojęć jak „wyrzeczenie się siebie”. W modlitwie dążymy do tego, żeby całym sobą zwrócić się ku kontemplacji dobroci Boga, ku Jego nieskończonej miłości. Jednak nie możemy tego osiągnąć w najmniejszym choćby stopniu, kiedy najpierw nie zbliżymy się do siebie samych. Modlitwa wyraża prawdę słów Jezusa: Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 10,39). Do nas jednak należy zrobienie pierwszego kroku, a jest nim zdobycie koniecznej dozy zaufania, która pozwoli nam żyć podczas medytacji ubóstwem jednego tylko wersetu. Olbrzymią rolę odgrywa tutaj wspólnota chrześcijańska – kiedy żyjemy wśród współbraci, szanujemy się wzajemnie i kochamy, budujemy zaufanie, które jest konieczne do rozpoczęcia modlitwy, w której praktykujemy całkowite ubóstwo, całkowite wyrzeczenie. Chrześcijańskie wyrzeczenie się siebie jest zawsze potwierdzeniem naszej przynależności do Chrystusa.

Medytacja i jej ubóstwo nie mają charakteru samoodrzucenia. Nie uciekamy od samych siebie, ani nie nienawidzimy siebie. Przeciwnie, nasze poszukiwanie, to poszukiwanie siebie samych i doświadczenie osobistej, nieskończonej zdolności do bycia kochanym. Harmonia naszego prawdziwego Ja, która jest ponad samolubnością oraz każdym egoistycznym działaniem, znajduje potwierdzenie w chrześcijańskiej tradycji. Święta Katarzyna Genueńska mówi krótko: „Moim ja – to Bóg. Nie znam też żadnego innego ja poza tym, które jest w Nim”. Jednak aby dotrzeć do swej istoty – a na takie zaproszenie mamy odpowiedzieć podczas medytacji – lub wyrażając to inaczej, bardziej trafnym i zapewne dokładniejszym językiem Wschodu, aby zrealizować siebie, musimy z niezachwianą ufnością przejść przez radykalne „zaparcie się” siebie.

Czego się wyrzekamy i dla czego umieramy? Według Zen nie chodzi o naszą osobowość czy umysł, lecz o wyobrażenie, jakie błędnie mamy o nas samych sobie i naszym umyśle, i z którym identyfikujemy siebie. Nie tego nam potrzeba lecz, według języka Chmury niewiedzy, „intuicyjnego odczucia”. Jednak pokazuje to, że tym, co odrzucamy w modlitwie, jest w istocie iluzoryczność. Ból towarzyszący wyrzeczeniu będzie proporcjonalny do stopnia, w jakim poddaliśmy się wcześniej iluzji, do stopnia, w jakim uznaliśmy ją za rzeczywistość. W modlitwie ogołacamy się z wyobrażeń izolującego nas ego. Dokonujemy tego w upartym akcie wiary poprzez skupienie naszego małego ja z dala od jego iluzoryczności na naszym prawdziwym Ja, stworzonym przez Boga, odkupionym przez Jezusa i przybytku Ducha Świętego.

Po pierwsze musimy zbliżyć się do siebie, odnaleźć swoje prawdziwe Ja mając ciągle przed oczyma tę paradoksalną prawdę ukazaną nam przez Jezusa, że kto chce znaleźć swe życie [psyche],najpierw musi je stracić. Jest to nakaz naszego Nauczyciela, którym chcemy się kierować podczas medytacji. W ten oto sposób medytacja staje się aktem wiary.

Lecz kiedy już odnajdziemy nasze prawdziwe Ja, wówczas to dopiero początek naszej pracy. Skoro tylko znajdziemy siebie to – według słów św. Augustyna – poznaliśmy istotny „punkt oparcia” na drodze do Boga. Ponieważ wtedy i tylko wtedy znajdziemy w sobie wystarczającą ufność konieczną do postawienia następnego kroku. Polega on na odwróceniu uwagi od naszego nowo poznanego Ja i skierowaniu jej w kierunku Boga. Medytacja jest, dokładnie rzecz ujmując, modlitwą wiary, ponieważ porzucamy siebie, zanim Bóg się pojawi i czynimy to bez żadnej gwarancji, że On rzeczywiście się pojawi. Istota wszelkiego ubóstwa polega więc na podjęciu ryzyka samounicestwienia.

Jest to przeskok od siebie do Drugiego, jest to ryzyko związane z miłością. Już niewielkie doświadczenie w praktyce medytacji pokaże wam, że proces ogołacania siebie musi być nieustanny i coraz bardziej radykalny. Jest to wrażliwy moment w rozwoju naszej modlitwy. Kiedy bowiem zaczynamy dostrzegać całe wymagane od nas poświęcenie potrzebne do głębokiej modlitwy wyrzeczenia, pojawia się silna pokusa odejścia. Pokusa uchylenia się od wezwania do całkowitego ubóstwa, pokusa do zaprzestania medytacji, ćwiczenia się w powtarzaniu mantry i powrotu do modlitwy skoncentrowanej na sobie samym, a nie na Bogu.

Pokusa ta przejawia się w tęsknocie do płytkiej pobożności i takiej modlitwy, którą można by opisać jako modlitwę uśpienia. Jan Kasjan określa ją jako pax perniciosa (zgubny pokój) i sopor letalis (głęboki sen). Jest to pokusa, którą musimy opanować. Jezus wzywa nas do oddania Mu naszego życia a nie do pożyczenia Mu go , ani do targowania się o lepsze warunki. Wtedy i tylko wtedy, kiedy zrzekniemy się go całkowicie, odnajdziemy je ponownie w Nim. Wizja modlitwy Jana Kasjana ograniczenia naszego umysłu do powtarzania jednego słowa, stanowi dowód szczerości naszego wyrzeczenia. To dlatego w jego wizji modlitwy wyrzekamy się myśli, wyobrażeń, nawet samoświadomości: ramy języka i refleksji.

Należy sobie jasno uświadomić, dlaczego w czasie modlitwy – który autor Chmury niewiedzy nazywa „czasem pracy” – wyrzekamy się wszystkich możliwych darów Bożych. Nie wystarczy powiedzieć, że czynimy to , iż nas „rozpraszają”. Byłoby w istocie niedorzeczne zaprzeczać ich pierwotnym naturalnym środkom zrozumienia siebie i komunikacji. Nie wyrzekamy się ich także dlatego, że uważamy, iż nie potrzeba nam ich we wzajemnych relacjach międzyludzkich i relacjach z Bogiem. To oczywiste, że cała liturgiczna odpowiedź Bogu, na jaką stać człowieka, opiera się na słowie, geście i obrazie. Sam Jezus naucza nas, że możemy modlić się do Ojca w Jego imieniu w potrzebach naszych i całego świata.

Wszystkie te aspekty trzeba stale mieć na uwadze. Sądzę jednak, że każdy z nas w głębi serca wie o tym, co Jezus miał na myśli, kiedy zapraszał nas do „stracenia” życia po to, abyśmy mogli je znów odnaleźć. W centrum naszego istnienia, każdy z nas czuje potrzebę radykalnej prostoty, wzniesienia się ponad wszystkie formy aktywności i przejścia do jedynej zasady działania: Boga jako przyczyny i celu naszego wzrostu. Innymi słowy wszyscy odczuwamy potrzebę odnalezienia w sobie prostej radości naszego istnienia. Po prostu istniejemy i nie ma dla tego stanu żadnej innej przyczyny poza tym, że naszym istnieniem oddajemy chwałę Bogu, który nas stworzył, kocha i podtrzymuje w istnieniu. To podczas modlitwy doświadczamy czystej radości zawartej w samym fakcie bycia Bożym stworzeniem. Po oddaniu Bogu wszystkiego co mamy, dzięki czemu istniejemy lub myślimy, że istniejemy, stajemy przed Nim w całkowitej prostocie. Poprzez ubóstwo jednego wersetu, które Jan Kasjan poleca, odnajdujemy w medytacji sposób na porzucenie naszego życia, żeby móc je odnaleźć. To droga stawania się niczym, żeby móc stać się Wszystkim.


Fragment z książki Chrześcijańska medytacja


Ojciec John Main OSB uważany jest dziś za jeden z największych autorytetów duchowych XX wieku. Urodził się w Londynie w 1926 r. Mając 33 lata i zapewnioną karierę prawniczą, wstąpił do benedyktynów w Londynie do Opactwa Ealing. Teologię studiował w Rzymie podczas II Soboru Watykańskiego. W 1963 złożył uroczyste śluby monastyczne i przyjął święcenia kapłańskie. W tradycji Ojców Pustyni odkrył praktykę medytacji, przekazaną Zachodowi przez Jana Kasjana – mistrza św. Benedykta. W 1975 r. założył istniejące do dziś Centrum Medytacji Chrześcijańskiej w Londynie. Zmarł w Montrealu w 1982 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl