Małgorzata Borkowska OSB: „… wciąż kogoś upominała i wszyscy, z wyjątkiem samego upominanego, na ogół uznawali, że trafnie, ale właśnie ten upominany bardzo często był innego zdania – i w ogóle po co baba wtrąca się w nie swoje sprawy?” Poznaj historię Mechtyldy z Magdeburga

Jest w życiu duchowym Kościoła pewien rytm, jakby pulsowanie, które sprawia, że podczas gdy każde pokolenie odkrywa na nowo stare prawdy, każda z tych prawd ma swoje epoki triumfu i epoki przyćmienia. Chociaż powiada Chesterton, że zdrowe społeczeństwo tworzy prawa, a chore je obala, można i w tworzeniu praw przekroczyć miarę tak, że to się staje również chorobą – i w dodatku ta miara nie jest jednakowa dla wszystkich. Tak czy inaczej, w dziejach Kościoła przeplatają się epoki, w których życie Bogu poświęcone ujmowane jest w ścisłe ramy instytucji, z epokami, w których przybiera ono raczej formy luźne, prywatne. (Umyślnie unikam tu słowa „spontaniczne”, bo i mnożenie praw bywa spontaniczne). Oczywiście najczęściej jedno i drugie współistnieje, ale preferencje są w kolejnych epokach wyraźne. Od XII wieku w miastach Europy Zachodniej szerzył się ruch takiej prywatnej służby Bożej, który potem, w XIII wieku częściowo ujęty został w ramy tercjarstwa, częściowo zdegenerował się do postaci sekt, nietrwałych zresztą, lub nawet band łupieżczych, a częściowo miejscami (zwłaszcza we Flandrii) ostał się w swoim mniej więcej pierwotnym kształcie aż do XX stulecia. Kobiety tworzące ten ruch nazywamy beginkami.

Nikt nie może nikomu zabronić żyć pobożnie, tęsknić do Boga, szukać swojego szczęścia w modlitwie, poprzestawać na małym, zarabiając na życie własną pracą, i opiekować się chorymi i biednymi. W tym w zasadzie streszczało się życie beginek oraz (o wiele mniej licznych) begardów. Ponieważ jednak człowiek jest taki, jaki jest, i do najlepszych nawet chęci i założeń potrafi się przyplątać mniejsza lub większa doza skażenia, hierarchia kościelna patrzyła często podejrzliwie na te prywatne, słabo przez nią kontrolowane ruchy, które miejscami potrafiły narobić szkody. A ponieważ także i wewnątrz hierarchii kościelnej człowiek jest, jaki jest – zdarzało się i tak, że to nie brak cnoty, ale właśnie jej nadmiar denerwował duchownego dostojnika, który widział w nim krytykę własnego wielkopańskiego lub zgoła grzesznego stylu życia. Cóż dopiero, jeśli z tych nieformalnie istniejących dołów płynęła wyraźna krytyka? W sytuacji więc, w której tylko najlepsi z obu stron mogli się porozumieć i współistnieć mniej więcej bezkonfliktowo, dosyć często (bo dosyć często ci najlepsi nie trafiali na siebie nawzajem) wybuchały konflikty, a nawet prześladowania. Pod koniec wieku XIII w Niemczech zlikwidowano beginki i begardów, pozostawiając tylko ruch tercjarski jako zależny od bardzo już wtedy potężnych zakonów żebraczych i przez nie przynajmniej na ogół kontrolowany, a więc w jakiejś mierze zinstytucjonalizowany. We Flandrii, gdzie ruch nieformalnej pobożności był szczególnie trwały i szczególnie liczny (w tamtejszych miastach były całe dzielnice zamieszkane wyłącznie przez beginki), wybronił się on nie tylko w XIII wieku, ale nawet podczas reformy potrydenckiej w wiekach XVI–XVII.

Około roku 1209 w Saksonii przyszła na świat najsłynniejsza z beginek, Mechtylda. Jej pochodzenia i środowiska, w którym wyrosła, możemy się tylko domyślać, a to na podstawie cech jej tekstów. Nie znała łaciny, a więc nie uczyła się na pewno w żadnej szkole klasztornej. Była jednak piśmienna, chociaż pisała tylko po niemiecku, i najwyraźniej od dziecka wdrożona w dworskie maniery, słownictwo i kulturę, skoro w jej książce nawet Bóg do duszy ludzkiej przemawia „pani duszo”, a cnoty jedna do drugiej zwracają się równie dwornie. Czy dwór, na którym się wychowała, był dworem jej ojca, czy też zwierzchnika jej ojca, nie wiadomo. W każdym razie należała na pewno do panien posażnych i skoro już postanowiła poświęcić życie służbie Bożej, mogła wstąpić do regularnego klasztoru, gdyby chciała. Nie chciała: została beginką, ukrytą w szarym miejskim tłumie w Magdeburgu.

Było to około roku 1230. I trudno się dziwić, że to, co w zamierzeniu miało być ukryciem, okazało się właśnie linią frontu. Nadszedł czas duchowego fermentu, pokolenie, w którym do walki o odwieczny cel – reformę Kościoła – ruszyły nowo założone zakony żebracze, ale obok nich i obok ich świętych (a czasem nawet w ich szeregach) także całe mnóstwo o wiele mniejszej miary gorliwców. W Saksonii byli już pierwsi dominikanie i magdeburskie beginki, także dopiero pierwsze pokolenie, żyły pod ich duchowym kierownictwem, ale właśnie duchowym tylko. Nie pod władzą. Z samej zasady ich ruch nie był zorganizowany, co zresztą nie znaczy, że nie tworzyły grup w miarę potrzeby i lokalnego natchnienia. Nie składały jednak ślubów, zwłaszcza wieczystych, ani nie należały do swoich grup na tej samej zasadzie co zakonnicy do swoich zakonów. Mieszkały w miarę możności blisko kościoła, w którym się zwykle modliły, pojedynczo albo po kilka, we własnych domkach albo w izbach wynajmowanych, jak się udało. Owe dzielnice w miastach flandryjskich dopiero zaczynały powstawać. Wszystko było nowe, jeszcze nie przetarte ani nie spatynowane, i nie można było przewidzieć z góry, jak się która grupa rozwinie. A nie brakowało w Kościele takich, którzy zapominając o słowach Chrystusa „po owocach ich poznacie ich”, nie chcieli czekać na owoce, tylko robili porządek od razu, na podstawie podejrzeń, przewidywań, a nawet i wymuszanych zeznań. Nieco wcześniej działał w Niemczech niejaki Konrad z Marburga, wyjątkowo ponury poszukiwacz heretyków, którego w roku 1223 zamordowali rozwścieczeni krewni jego ofiar. Tak, wśród beginek w mieście było się jak na froncie, w tradycyjnym klasztorze można było o tym wszystkim nawet i nie słyszeć.

Nikt jednak nie może nikomu zabronić żyć pobożnie, choćby i bez ślubów zakonnych, więc liczba beginek rosła. Mechtylda wiedziała dobrze, dlaczego wybiera życie możliwie ukryte, tyle że ukryte nie przez odgrodzenie się murem klasztornym, lecz przez zejście na same doły społeczne. Jeszcze kiedy miała jedenaście lat, zaczęło się dziać coś, co jako dworna panienka nazwała pozdrowieniem otrzymywanym od Boga. Powtarzało się to codziennie i napełniało ją szczęściem, ale zarazem przekonaniem o absolutnej darmowości tej łaski, o swojej niegodności. To uwielbienie, które w niej płonęło, nie zniosłoby jakiejkolwiek chwały własnej. Chciała w całości złożyć się w ofierze Temu, który z wyżyn swojego Bóstwa mówił do niej tak radośnie i tak kurtuazyjnie. A w jej świecie pojęć właśnie życie beginki było najpełniejszą ofiarą.

Sam fakt, że mówił, był przez długie lata jej tajemnicą, nieznaną nawet spowiednikowi. Niemniej około roku 1260 ta starzejąca się dewotka od dominikanów znana już była jako bat na kler i na możnych: wciąż kogoś upominała i wszyscy, z wyjątkiem samego upominanego, na ogół uznawali, że trafnie, ale właśnie ten upominany bardzo często był innego zdania – i w ogóle po co baba wtrąca się w nie swoje sprawy? To tylko pokazuje, jakiej szkody może jeszcze narobić dzisiejsza swoboda: jeśli każda babka z kruchty będzie chciała porządkować Kościół…

malgorzata_borkowska_cytat

W końcu więc trzeba było powiedzieć, skąd te upomnienia płyną. Powiedziała najpierw spowiednikowi, a ten zażądał, żeby wszystko spisała. Pomagał jej zresztą przy redagowaniu kolejnych ksiąg, pod wspólnym tytułem Das fliessende Licht der Gottheit (Spływające światło Bóstwa). To redagowanie bynajmniej nie było próbą tematycznego poukładania tekstu, polegało chyba tylko na wstępnej kontroli teologicznej i – co wiemy na pewno – na taktownym złagodzeniu pewnych ustępów. Układ treści jest najwyraźniej chronologiczny, zresztą wiemy, że poszczególne księgi trafiały do czytelników w pewnych odstępach czasu, w sumie przez ponad trzydzieści lat. Przy takim sposobie pisania trudno się dziwić, że układ uderza chaotycznością. Cokolwiek Mechtylda pod wpływem Bożych objawień zrozumiała lub sądziła, że zrozumiała, to zapisywała, nie przejmując się, o czym było objawienie poprzednie ani o czym może być następne. Najliczniejsze są pouczenia o życiu wewnętrznym, służbie Bożej, cnotach, modlitwie; z nimi przemieszane są aktualne pouczenia i upomnienia skierowane do konkretnych ludzi, proroctwa dotyczące końca świata, wizje pośmiertnych losów znanych ludzi oraz wizje opisujące zaświaty.

Pierwsze, co uderza w kontakcie z tym tekstem, to jego ujęcie liczbowe: co śpiewa dziewięć chórów, o zwycięstwie nad trzema rzeczami, o chwaleniu Boga w dziesięciu sprawach, o siedmiu darach pewnego brata i o tym, jak siostra Hildegunda jest uczczona w niebie trzema płaszczami i siedmioma koronami, i że dobry człowiek powinien mieć troje dzieci, za które ma się nieustannie modlić… Niewykluczone, że to staranne liczenie punktów jest robotą spowiednika-współredaktora albo przynajmniej śladem jego wpływu: wygląda zgoła scholastycznie. Co jednak ważniejsze, dochodzimy tutaj znowu do sprawy filtru.

W partiach poświęconych takim tematom, jak życie modlitwy, służba Boża, cnoty – ten filtr jest najmniej zauważalny. Nikt nam przecież nie każe wierzyć, że cnoty mają swoją osobowość i rzeczywiście rozmawiają jedna z drugą; tak samo, jak nie każe się w to wierzyć słuchaczom moralitetu. Jest to po prostu przenośnia, obraz ilustrujący pewne prawdy i zasady. A właśnie co do tych prawd i zasad Mechtylda, po latach życia intensywną modlitwą, używa sformułowań bardzo pięknych. Jak choćby to, że Bóg jest przecież bogaty i „wszystkiego ma pod dostatkiem, tylko jednego nigdy Mu nie dosyć: kontaktu z duszą”.

Nieco bardziej problematyczne są pouczenia i upomnienia skierowane do konkretnych ludzi, bo nie możemy wiedzieć, na ile poprawnie Mechtylda odczytywała ich stan duchowy. To z kolei mogło być problemem dla nich samych, a nie jest już nim dla nas, osiem wieków po ich śmierci. Najbardziej jednak widoczny jest filtr Mechtyldy, złożony z ludowych legend i z jej własnej wyobraźni, kiedy opisuje ona zaświaty znane jej jakoby z wielu widzeń. Przede wszystkim czyściec i piekło nie są tam zawsze wyraźnie rozróżnione, a ponadto jesteśmy tu w świecie barwnego horroru, który może trafiać prosto do serca poszukiwaczom sensacji, ale nie nawraca ludzi bardziej trwale i głęboko niż każde inne kaznodziejskie straszenie. Podajmy przykład: Mechtylda opisuje los największych grzeszników pośród potępionych i okazuje się, że Lucyfer na samym dnie piekła wchłania ich i wydala w kółko, ale jedno i drugie… przez odbyt. Podobnie czyściec dla kapłanów, którzy nie dochowali celibatu, opisany jest jako ogniste jezioro, w którym te dusze gotują się jak w garnku, diabli zaś wyławiają je, zjadają i wydalają z powrotem. Dante, który niewątpliwie znał jej księgi, wykazał więcej literackiego smaku, bo u niego najwięksi grzesznicy sterczą tylko z paszczy Lucyfera. Nie spod ogona. A swoją drogą, w kwestii czyśćca Mechtylda przeszła pewną ewolucję duchową. W młodości bała się go strasznie; na starość zapisała: „Teraz, ukochany Panie, kiedy umrę, z miłości do Ciebie z radością chcę tam cierpieć”.

I wreszcie są w tych jej księgach proroctwa, z których większość dotyczy końca świata i czasów bezpośrednio go poprzedzających. Najciekawsze są może te, które mówią o nowym zakonie mającym powstać w ostatniej epoce i przygotować Kościół na ostateczne męczeństwo. Założycielem ma być syn króla Rzymu, zakon ma nie mieć żadnych stałych siedzib, tylko prowadzić życie wędrowne, o którego trybie i zwyczajach dowiadujemy się wielu szczegółów… Kiedy Mechtylda zaczynała życie beginki, była to epoka kanonizacji św. Dominika (rok 1234) i zakony żebracze uważane były za ten ostateczny i najpełniejszy ideał życia Bogu poświęconego, obdarzony szczególną misją. I rzeczywiście był obdarzony, ale żaden zespół ludzki nie spełnia do końca pokładanych w sobie nadziei, toteż widzimy, że stara beginka, mimo swojej wielkiej miłości do Zakonu Kaznodziejskiego i wieloletnich z nim związków, kilkadziesiąt lat później marzy już o jakimś zespole i ideale jeszcze nowszym.

Tymczasem w Magdeburgu stawała się coraz bardziej persona non grata. Naraziła się zbyt wielu dostojnym i wpływowym ludziom. Groziło jej prześladowanie, najprawdopodobniej – oskarżenie o herezję i uwięzienie. Ostatecznie skorzystała więc z ofiarowanego sobie schronienia u cysterek w Helfcie. Nie w sensie, jakoby przeszła do ich zakonu; mieszkała tam przez ostatnie lata życia na prawach gościa. Słabnąca, tracąca wzrok, znalazła w tym klasztorze zarówno opiekę, tak już potrzebną, jak i zrozumienie dla swojego życia modlitwy i zaufanie do swojej dobrej woli i szczerości. Ale o Helfcie i jej wielkich postaciach ówczesnych opowiemy osobno. Mechtylda zmarła tam około roku 1294. (Nawiasem mówiąc, jej pisma sascy dominikanie przetłumaczyli natychmiast z niemieckiego na łacinę, aby je „uratować” dla czytelników. Oryginał zaginął, ich tłumaczenie także, zachował się tylko przekład z powrotem na niemiecki, sporządzony przeszło pół wieku później, w latach 1344–1345).

W Boskiej komedii Dantego zjawia się na pograniczu czyśćca i raju zagadkowa święta postać, nazywana tam z włoska Matelda, która wygłasza nieco pouczeń i przekazuje bohatera ostatecznej jego przewodniczce po raju Beatrycze. Komentatorzy wynaleźli sporą garść historycznych postaci, które można by z nią utożsamić. Najbardziej prawdopodobne to: Mechtylda von Hackeborn, cysterka z Helfty; Mechtylda z Magdeburga; oraz Matylda, hrabina Toskanii, ta sama, pod której zamkiem w Canossie cesarz Henryk odbył pokutę przed papieżem. Nie pretendując do ostatecznego rozstrzygnięcia tego sporu, wolno mniemać, że stara beginka z Magdeburga, która sama opisywała zaświaty, jest może najbardziej na miejscu jako przewodniczka po nich, choćby tylko chwilowa. Ale oczywiście w tej sprawie każdy może głosić własną tezę.


Fragment książki Od Radegundy do Julianny


Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wiekuCzarna owcaSześć prawd wiary oraz ich skutkiOślica BalaamaRyk Oślicy, Twarze Ojców Pustynitłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.


Przeczytaj dwa dzieła Mechtyldy z Magdeburga: Strumień światła Boskości, tom 1Strumień światła Boskości, tom 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl