„Posłuszeństwo trupa”, czyli o tym jak realizowano ideał posłuszeństwa w XVII – XVIII wieku

Na temat posłuszeństwa rozmaicie w ciągu wieków teoretyzowano, różnymi obrazami ilustrując różne koncepcje. W końcu XVI wieku liczni autorzy lansowali tzw. posłuszeństwo trupa: chodziło im o cnotę tak daleko posuniętą, żeby zakonnik bez żadnego sprzeciwu pozwalał przerzucać się z miejsca na miejsce, z zajęcia w zajęcie… Był to jednak obraz wyjątkowo nieszczęśliwy, gdyż sugerował kompletną bierność, jakąś apatyczną bezwolę, gdy tymczasem w posłuszeństwie chodzi o coś dużo większego: o gorliwą współpracę z otrzymanym poleceniem, o włożenie wszystkich sił w wypełnienie poznanej woli Bożej. Wartość tak pojętego posłuszeństwa znają dobrze przełożeni! Tak oto wspomina matka Mortęska jedną ze swoich zmarłych podwładnych:

Na bezpiecznej bardzo skale posłuszeństwa stanęła: gdzie ją kolwiek obrócono i cokolwiek rozkazano, najmniejszej odmiany znać nie było po niej, jeno proste i wesołe posłuszeństwa pragnienie, wypełnić tak, jako najlepiej umiała i mogła.

Ale cnotę posłuszeństwa można było posunąć jeszcze dalej, szukając go nawet tam, gdzie ono, ściśle biorąc, nie obowiązywało. Wiele ustaw zakonnych pokazuje tę drogę; zilustrujmy ją tu przykładem karmelitanki krakowskiej, s. Teresy Urszuli od Zwiastowania, która „nie tylko przełożonej posłuszna była, ale i każdej siestrze: tak starszych, jako i młodszych wolę czyniła, w każdej prawie okazji woli swej nie używając”. Mało kogo stać na taki heroizm, bo jasne, że jeśli się ktoś o polecenia doprasza, to ich dostanie więcej, niżby zdołał unieść, i zapisano dalej o tej samej siostrze, że inne „nad miarę i bez respektu do niej się udawały ze swymi robotami”. Nie istnieją jednak ustawowe granice ofiarności i poświęcenia; tyle, że dla zachowania porządku zastrzega się na ogół wyraźnie, iż polecenia przełożonych mają być respektowane przede wszystkim, innych zaś osób – tylko jeśli z tamtymi nie są sprzeczne.

Co do przełożonych, nie są oni bynajmniej w swojej roli interpretatorów woli Bożej zostawieni własnej pomysłowości i natchnieniom. Jak wszystkich zakonników, tak i ich wiąże prawo pisane danego zakonu, a więc reguła i wszelkie dodane do niej ustawy, o których za chwilę. Mają obowiązek i sami do tego prawa się stosować, i wszystkie swoje polecenia opierać na nim, tak aby te polecenia (oraz ich własny przykład) stawały się dla podwładnych praktyczną nauką życia zakonnego. Inaczej mówiąc, muszą być zarówno „ośrodkiem dyspozycyjnym”, jak i wzorem: im bliżej im do tego ideału, tym lepiej oczywiście podwładni będą zachowywać regułę życia, którą zachować obiecali.

Reguły zakonne pomyślane są jako prawo, którego zachowanie umożliwia danej wspólnocie dojście do doskonałej miłości Boga i bliźniego: a więc przede wszystkim jako coś, co pomaga i przyśpiesza, nie zaś krępuje, uniemożliwia lub opóźnia. Tę drugą rolę, rolę szańca i ochrony, pełnią jednak także: odcinając bowiem niektóre okazje do wykroczeń, ułatwiają zakonnikowi jego wewnętrzną walkę o dorośnięcie do własnych ideałów. Każda reguła powstała jako owoc doświadczeń i przemyśleń kogoś, kto długo i usilnie prowadził już tę walkę, oglądał ją też u innych, aż wreszcie zebrał pewną ilość przepisów, którymi według niego powinni się kierować ludzie, szukający Boga w życiu zakonnym. Każda reguła powstawała też dla konkretnej grupy ludzi, mającej określone cele i żyjącej w określonych warunkach. Tak więc suma niepowtarzalnych warunków psychicznych, środowiskowych i historycznych składała się na każdy taki tekst, normujący drogę do Boga dla pewnej liczby ludzi: tych mianowicie, którzy podobnie myślą (lub też skłonni są podobnie myśleć), podobne przyjmują cele i współtworzą tym samym tzw. szkołę duchowości. Nie znaczy to oczywiście, żeby w każdej kolejnej epoce, z powodu ogólnej zmiany warunków historycznych oraz mentalności, należało wyrzucać do lamusa wszystkie stare reguły, a tworzyć nowe i żyć już tylko według nowych. Czas sam eliminuje te z reguł, które mają zastosowanie wyłącznie w swoich epokach; inne zaś, o wyraźnie ponadczasowej wartości, współistnieją doskonale z nowo powstającymi. Kiedy patrzymy na historię reguł i wspólnot zakonnych, okazuje się, że wbrew temu, co zdawali się mniemać niektórzy nawet bardzo świątobliwi reformatorzy lub założyciele, nie istnieje i istnieć nie może idealna reguła zakonna, która by była zawsze i dla każdego człowieka najlepsza. Każda jest dobra i bardzo dobra dla tych, którzy do niej właśnie są przystosowani i powołani.

105

W dziejach Kościoła powstawało tak wiele reguł, że w początku XIII wieku, w trosce o jakieś uporządkowanie tej swoistej twórczości legislatorskiej, zakazano pisania nowych. Toteż, „ne quis de caetero religionem novam inveniat” („aby nikt już więcej nie wymyślał nowych zakonów”), postanowiono na IV soborze lateraneńskim (1215), że odtąd wszystkie powstające grupy zakonne powinny przyjąć jedną z już znanych i wypróbowanych wielkich reguł, a więc mniszą Benedykta lub kanoniczą, zwaną regułą Augustyna… I zaraz trzeba było zrobić wyjątek dla św. Franciszka. Takich wyjątków jeszcze kilka zrobiono, odtąd jednak przez wieki najprostszą drogą dla nowo powstających zakonów czy wspólnot było przyporządkować się do jakiejś istniejącej już „rodziny zakonnej”, bez żadnych zresztą wobec niej zobowiązań, i dodać do przyjętej w ten sposób reguły swoje własne ustawy pomocnicze, tzw. konstytucje. Tak np. brygidki, dominikanki, norbertanki i wizytki mają regułę św. Augustyna z dodatkiem ustaw napisanych przez swoich właściwych założycieli. Dla brygidek tym dodatkiem jest tzw. reguła św. Salwatora, zebrana z objawień św. Brygidy; w pozostałych wypadkach są to właśnie konstytucje. Podobnie do trzynastowiecznej, bardzo zresztą krótkiej, reguły pustelników z Góry Karmel, św. Teresa dodała w XVI wieku konstytucje, normujące życie karmelitanek bosych. W takich wypadkach stara reguła jest przede wszystkim natchnieniem, jakby ogólnym wskazaniem kierunku, natomiast tak duchowość, jak i praktyczne przepisy na co dzień znajdują się w konstytucjach. Nie potrzeba dodawać, że np. św. Brygida i św. Franciszek Salezy, założyciel wizytek, mimo przyjęcia tej samej reguły podstawowej, nie mniej się od siebie w duchowości różnią niż np. św. Dominik i św. Ignacy.

W tych zakonach, które wywodziły się od pierwotnych zakonodawców, a więc w różnych powstających w ciągu wieków kongregacjach, przede wszystkim benedyktyńskich, najczęściej uważano regułę za tekst wystarczający, ale jednocześnie wymagający pewnych wyjaśnień co do konkretnego stosowania jej przepisów w zmienionych warunkach. Do poszczególnych więc jej rozdziałów dodawano takie wyjaśnienia, czyli deklaracje. W tej książce powołuję się bardzo często na deklaracje sporządzone i zatwierdzone w roku 1605 dla tzw. kongregacji chełmińskiej benedyktynek w Polsce: jest to wyjątkowo dobry przykład zastosowania prastarego tekstu monastycznego do zupełnie nowych potrzeb, pojęć i aspiracji duchowych. Zdarzało się jednak także i dodawanie konstytucji: przykładem toruńskie wydanie reguły z roku 1626…


Małgorzata Borkowska OSB „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII–XVIII wieku”

Zobacz inne książki s. Małgorzaty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl