Przyjdź do siebie ponownie! Zwróć się do Boga i odnajdź samego siebie [cz.5]

Tak jak jeden człowiek, tak samo oczywiście może zagubić się całe społeczeństwo i stać się obce samo dla siebie. I tak jak w pojedynczym przypadku pomaga tylko to, co Bernard z Clairvaux gorąco polecał papieżowi Eugeniuszowi w postaci dobitnej rady: Pozwól sobie na samego siebie! Przyjdź do siebie ponownie! Zwróć się do Boga i odnajdź samego siebie – jako warunek dla prawdziwej samorealizacji. Nie oczekuję takiego nawrócenia, że nagle my wszyscy staniemy się dobrymi chrześcijanami. Nie każdy również od razu dojdzie do przekonania, że czeka na niebo. Być może jednak odkryjemy w sobie ponownie pewną tęsknotę – tęsknotę za celem, który istnieje ponad śmiercią, tęsknotę za taką egzystencją, w której każde cierpienie ma swój koniec, gdyż Bóg, jak jest to napisane w ostatniej księdze Biblii, „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie”. Kto ponownie odkryje w sobie tę tęsknotę, ten uda się na poszukiwanie, a to poszukiwanie doprowadzi go do innych celów niż te, które są inspirowane wiarą w ostateczność śmierci.

W tym sensie każdy pielgrzym jest dla mnie poszukiwaczem szczęścia. Chodzi bowiem o szczęście, przy tęsknocie, przy poszukiwaniach, przy decydowaniu się na jakiś cel. To szczęście, ku któremu wyrusza pielgrzym, ma w sobie skądinąd coś irytującego, gdyż nie da się go nabyć, na nie zasłużyć, wytworzyć, nie jest do zrealizowania czy kupienia. Czyż nie jest tak zawsze z prawdziwym szczęściem?

Przypomnijmy sobie najszczęśliwsze chwile naszego życia – czy nie były to te, do których się w ogóle nie przyczyniliśmy? Momenty, w czasie których serce w nas rosło – czy to nie były te, kiedy czuliśmy się obdarowani? To mogły być narodziny dziecka, wielka miłość, ogromne gwiaździste niebo lub wzruszająca muzyka – nigdy nie było to szczęście własnej roboty, to był zawsze podarunek, zawsze była to łaska. Dla tego, kto to zrozumiał, całe piękno jest powodem wdzięczności. Taki ktoś poczyni również następujące spostrzeżenie: wdzięczność wyostrza odczuwanie szczęścia – tak jak wręcz przeciwnie niewdzięczność czyni głuchym i niewrażliwym na szczęście.

Przede wszystkim w Hiszpanii i we Włoszech przeżyłem to, że ludzie wykorzystują swoje szczęście, aby podziękować. Tam widocznie już wcześniej odkryto tę prostą prawdę, że swojego szczęścia nie zawdzięcza się tylko samemu sobie. Wciąż jeszcze mam przed oczami pewien obrazek z Rzymu, gdzie ktoś na ścianie domu napisał sprayem wielkimi literami dwa słowa – Grazie, Roma, a więc „dziękuję ci Rzymie”. Ktoś musiał dać upust swojej wdzięczności za radość, jaką ofiarowało mu to wspaniałe miasto. Ktoś, kto miał powód, aby uważać się za szczęśliwego, i kto to wiedział. Dostrzegam w tym znak wielkiej mądrości życiowej, aby nie fetować własnego sukcesu, lecz wkład, jaki inni wnieśli do mojego szczęścia. Kto natomiast ma o sobie wygórowane mniemanie, że sam byłby w stanie stworzyć własny świat, tego omija wdzięczność. Kto uważa siebie za pana własnego życia, ten uważa wdzięczność za niestosowne i śmieszne uczucie. Człowiek z manią wielkości nie odczuwa żadnej wdzięczności. Do szczęśliwych jednak również nie należy.

Wdzięczność, o której mówię, nie ma nic wspólnego ze służalczością. Nie wynika ona również z wpojonej przez wychowanie uprzejmości. Ona jest radosnym uznaniem tego, że inni przyczynili się do mojego szczęścia. Tak oczywiście było i dawniej. Tak było oczywiście w przypadku ludzi średniowiecza, reagujących wdzięcznością na szczęśliwe zwroty w ich życiu – i czyniących z nich okazję do podjęcia pielgrzymki! Świadectwem tego są tablice wotywne w kościołach pielgrzymkowych, każda namalowana tabliczka, na której w naiwnym stylu lub często niewprawną ręką przedstawione jest czyjeś cudowne ocalenie, czy niespodziewane uzdrowienie. Ta wdzięczność była blisko spokrewniona z podziwem i być może zniknęła ona w tej mierze, w jakiej o tym podziwie zapomnieliśmy.

To, co mnie dotyczy: zdumiewam się, gdy patrzę wstecz na moje życie. Jakże często jestem pytany: czy nie jesteś dumny z tego, co osiągnąłeś? Moja odpowiedź brzmi wówczas: jestem wdzięczny, że to się stało prawdą. Cieszę się, że to się udało, sam jednak nigdy bym tego nie osiągnął. I wreszcie – w obliczu szczęścia, którego doświadczyłem – mogę jedynie powiedzieć: „Panie Boże, dziękuję Ci za to”. Im bowiem jestem starszy, tym lepiej rozumiem, że cała moja egzystencja, że wszystko to, co przeżyłem i osiągnąłem, zawdzięczam dobroci Bożej. Wtedy zupełnie automatycznie nastawiam się na wychwalanie Boga, czuję się wówczas niczym psalmista, który w pięknie stworzenia dostrzega odbicie wielkości Bożej i daje wyraz swojemu podziwowi w chwaleniu Stwórcy. A to pełne wdzięczności spojrzenie wstecz pozwala mi z ufnością spoglądać naprzód.

Przychodzenie do samego siebie, docieranie do Boga, przyjmowanie postawy pełnej wdzięczności – to byłyby uniwersalne cele, ważne dla wszystkich tych, którzy zadają sobie pytanie, w którą stronę ma zmierzać ich życie. Oprócz tego potrzebujemy również celów indywidualnych, gdyż każdy musi się sam określić, stając się świadomym swojego własnego przeznaczenia i zgodnie z tym kierować się w określoną drogę. W czternastym roku mojego życia dałem się prowadzić wizji, że zostanę misjonarzem, misjonarzem jak Pierre Chanel. Inni nie zobowiązywali się tak wcześnie i rozwijali zupełnie inne wyobrażenia o swoim życiu, jednak w każdym przypadku uważam za pomocne i sensowne, aby w ogóle mieć jakieś wizje. Nie mam tutaj na myśli jakichś nocnych olśnień. Nie mówię również o jakichś marzeniach, utopiach czy idealnych wyobrażeniach. Mam na myśli konkretne cele, wystarczająco wielkie, wystarczająco ambitne, aby wzbudzać entuzjazm i mobilizować siły. Czterech niemieckich artystów dostarczyło mi ostatnio przykład na to, w jaki sposób wizja poprzedza plan i jak wielki zapał może to wzbudzić.

Rozpoczęło się od takiej intelektualnej gry. Ci czterej artyści – każdy z nich około czterdziestki – usiedli razem w Rzymie i poszukiwali nowej architektonicznej formy dla budynków bez konkretnego przeznaczenia. Wyobrażali sobie przestrzeń, która powinna podlegać innych prawom, niż budynki użytkowe naszych czasów. Początkowo w ogóle nie myśleli o jakimkolwiek kościele, ale w czasie dyskusji stwierdzili: wszystkie nasze rozważania zmierzają ku kościołowi! A przy tym zupełnie nie postrzegali siebie jako chrześcijan; żaden z nich nie myślał wcześniej o tym, aby wykorzystać swoją sztukę w służbie Kościoła. Jednak wszyscy czterej mieli jakieś wyobrażenie o tym, jakie cechy powinna posiadać ich wymarzona przestrzeń. I nagle, ku ich własnemu zaskoczeniu, to czego pragnęli przyjęło formę i nazwę: zbudują kościół, nowoczesny kościół, nowy i inny od wszystkiego, co było do tej pory. Kościół XXI wieku.

To była wizja. I domagała się ona urzeczywistnienia – to wizje mają do siebie. Krok po kroku projekt nabierał kształtów. Na zboczu pewnego wzgórza koło miejscowości Olevano Romano w Górach Sabińskich, niedaleko Subiaco i jaskini św. Benedykta, znaleziono miejsce dla tego kościoła. Biskup wspierał to przedsięwzięcie. W krótkim czasie z wizji powstał konkretny plan, i w tym miejscu ja włączyłem się do gry.

Jakie właściwie powinny zostać spełnione warunki, aby w kościele mogło odbywać się nabożeństwo? Żaden z tej czwórki nie znał się na tym dobrze. Zwrócili się do mnie i wtedy się zaczęło. Gdzie powinien stać ołtarz? Gdzie wznieść krzyż i Najświętszy Sakrament? Gdzie umieścić zakrystię? Czy okna powinny dawać widok na krajobraz? Omówiliśmy wszystko po kolei– kolory, malowidła, szaty liturgiczne. W trakcie trzeciego spotkania doszliśmy do współgrania światła i przestrzeni oraz do ciszy, która powinna ogarniać osobę wchodzącą – a początkowa czteroosobowa grupa zamieniła się w kompanię złożoną z ośmiu młodych artystów. To było pasjonujące, to było inspirujące, to było wyruszenie w drogę, uskrzydlone pewnością, że cel wart jest zaangażowania wszystkich sił.

Wierzę, że również takie wizje, które odnoszą się do kształtowania i przekształcania doczesności, czerpią ostatecznie z wielkiej wizji tego drugiego, wiecznego życia. Choćby dlatego nie powinniśmy rezygnować z nadziei, że jesteśmy przeznaczeni do czegoś lepszego niż śmierć. Nie unikajmy pytania o sens życia. Jedynie dalsze stawianie pytań jest w stanie uchronić nas przed szerzącym się pesymizmem, który na końcu zgadza się na nic innego jak śmierć.

przeczytaj poprzednie odcinki: pierwszy | drugi | trzeci | czwarty


Notker Wolf | Dokąd pielgrzymujemy. Dawne drogi i nowe cele – kup w księgarni on-line

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl