Przynosimy nasze smutki, problemy, trudności i zanurzamy je w psalmach…

W początkach chrześcijaństwa wierni przynosili dary i składali je na ołtarzu, a materia przeznaczona na ofiarę wybierana była z ofiarowanego chleba i wina. Podobnie my, którzy recytujemy psalmy w imieniu całego Kościoła, wkładamy w to „działanie” naszą własną „materię” na ofiarę. Celowo użyłem słowa „działanie”, ponieważ wszelka modlitwa liturgiczna jest działaniem, mniej lub bardziej pełnym współuczestnictwem w jednym fundamentalnym akcie Ofiary Odkupienia, będącej sercem zarówno naszej liturgii jak i religii, a także całych dziejów ludzkich: w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Psalmy Oficjum powinniśmy uważać za rozszerzenie Mszy św., widząc w nich przejaw tego samego działania, które ma miejsce podczas Ofiary Mszy św. Tak więc i tu mamy offertorium, na które przynosimy dary ofiarne. Przynosimy nasze smutki, problemy, trudności i zanurzamy je w psalmach. Przynosimy nasze osobiste zmagania i konflikty wewnętrzne, aby ofiarować je Bogu Ojcu, wypowiadając prośby słowami psalmów. Utożsamiamy się z tymi, którzy cierpią, walczą, trudzą się, a także triumfują – w psałterzu.

Początkowo może to być niezbyt pouczające czy pokrzepiające. Mimo wszystko musimy trwać w wierze i w stałym pragnieniu. Musimy, jak Naaman, zdecydować się zanurzyć nasz trąd w tym Jordanie, w tym strumieniu psalmodii. Możemy, jak Naaman, czuć się tu obco, a sercom naszym tęskno będzie do wszystkich rzek Damaszku. Możemy nie odczuwać wspólnoty z człowiekiem psalmów, którego radości i troski wyraża język tak różny od naszego. A jednak owa odmienność języka Pisma ma swój cel, mówi św. Augustyn . Język Objawienia jest tajemniczy nie po to, by jego treść miała pozostawać przed nami zakryta, ale dlatego, aby pobudzać nas do jej szukania z tym gorliwszą miłością. Pan Bóg bowiem objawia swe tajemnice tym tylko, którzy Go miłują i którzy starają się poznać Go po to, by kochać Go jeszcze doskonalej.

Konfrontując nasze smutki z psałterzem możemy zauważyć, że wszelkie problemy duchowe odbijają się w natchnionych słowach psalmistów jak w zwierciadle. Nie znaczy to jednak, że problemy te poddane są tam analizie i ostatecznie rozwiązane. Kilka zaledwie psalmów podaje ogólne zasady, które mogą posłużyć jako gotowy, praktyczny środek na cierpienia wewnętrzne. Przeciwnie – to, co przeważnie znajdujemy w psalmach, to cierpienie równie konkretne jak nasze, o większej jeszcze głębi. Spotykamy to cierpienie w chwili, kiedy jest ono najintensywniejsze i najwyraźniej sformułowane. Jak liczne są psalmy, będące po prostu krzykiem bólu w rozpaczy:

Wybaw mnie, Boże,
bo woda mi sięga po szyję.
Ugrzązłem w błotnej topieli
i nie mogę znaleźć oparcia,
Trafiłem na wodną głębinę
i nurt mnie porywa ze sobą.
Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło,
osłabły mi oczy od wypatrywania mego Boga
(Ps 69,2–4).

Jaką postawę zajmowali święci i Ojcowie, śpiewając któryś z tych psalmów? Nie poprzestawali oni na prostym „rozważaniu” recytowanego tekstu, wydobyciu zeń jakichś pobożnych refleksji lub międleniu w palcach któregoś z wersetów niby duchowego bukiecika. Wchodzili oni w „akcję” psalmu. Pozwalali się ogarnąć duchowej agonii psalmisty i Tego, którego on reprezentował. Przyzwalali na to, by smutek owej Osoby pochłonął ich troski i w ten sposób dawali się porwać gwałtownemu przypływowi Jej nadziei, niosącej ich w stronę głębin samego Boga.

Panie, modlę się do Ciebie,
w czas łaski, o Boże.
Wysłuchaj mnie w Twojej wielkiej dobroci,
w Twojej zbawczej wierności (Ps 69,14).

I tak w końcu wszelki smutek zamieni się w triumf i chwalbę:

Pieśnią chcę chwalić imię Boga
i wielbić Go z dziękczynieniem…
Gdyż Bóg ocali Syjon i miasta Judy zbuduje,
tam będą mieszkać i mieć posiadłości.
To będzie dziedzictwem potomstwa sług Jego,
miłujący Jego imię przebywać tam będą
(Ps 69,31.36–38).

Śpiewając te wersety, tak jak robili to święci dawnych wieków, i my także doświadczamy prawdy, którą Ojcowie objawili nam w swoich pismach. Otóż, gdy przynosimy Bogu nasze własne smutki, pragnienia, nadzieje, obawy i zanurzamy je wszystkie w smutki i nadzieje tego Tajemniczego, który ów psalm śpiewa, dokonuje się pewnego rodzaju przeistoczenie. Wszystko, co mamy – lub raczej całą naszą nędzę, a więc wszystko, czego nie mamy – złożyliśmy w ręce Chrystusa. On, który jest wszystkim i wszystko posiada, wypowiada nad naszym darem swoje słowa. Uświęcone przez kontakt z ubóstwem, które przyjął, aby nas zbawić, odkrywamy nasze ubóstwo przemienione w Jego ubóstwie w nieskończone bogactwo; w Jego cierpieniach nasze klęski doznają przemiany w zwycięstwo, Jego zaś śmierć staje się naszym życiem wiecznym.

Co się stało? Doznaliśmy przemiany. Proces ten to coś więcej, niż katarsis z tragedii greckiej, więcej, niż wywołany dziełem sztuki wstrząs psychologiczny, pod wpływem którego nasze emocje, zduszone uprzednio w dramatycznym kryzysie, doznały wyzwolenia, skoczyły na równe nogi i osiągnęły ostateczne spełnienie w poetyckim rozwiązaniu problemu, w który zaangażowaliśmy się emocjonalnie. To coś znacznie głębszego. To rozwiązanie natury duchowej, coś jakby śmierć, przemiana bardzo znamienna, dokonująca się na dnie oceanu duchowego. Może ona nastąpić, kiedy psalm znudziwszy się nam wskutek stałego powtarzania, straci bezpośrednią siłę artystycznego oddziaływania. Dodałbym, że może się to zdarzyć nawet komuś, kto nigdy nie był nastrojony na poetycką wartość psalmów.

Przemiany tej dokonuje w nas swoją mocą Duch Święty, żyjący i działający w słowie, które On sam natchnął. On, jeśli chcecie, jest poetą. Ale jest On także poezją. Lub raczej Chrystus, którego On jest Duchem, jest poezją psalmów. Jednak Duch Święty jest nie tylko artystą, lecz również i widzem. Jest równocześnie poetą, poezją i czytelnikiem poezji, muzyką i muzykiem, śpiewakiem i słuchaczem. Owo szczególne działanie mistyczne, które sprawia, iż pewne wersety psalmów powodują nagle ów bezgłośny wybuch w sercu kontemplatyka, należy przyjąć jako przejaw tego, że w Duchu Świętym możemy rozpoznać Ducha, śpiewającego w nas samych.

Jesteśmy przemieniani w toku odkrywania. Odkrywania czego? Boga, który odkrywa siebie we własnym psalmie. Jedynie Bóg jest naprawdę zdolny zrozumieć treści zawarte w wierszach napisanych przez Boga. Słowo Boga pełne jest Słowa Bożego. Chrystus wyrażony jest w ludzkim języku przez Ducha Świętego, tak jak przez Ducha Świętego był poczęty w ludzkim ciele. Chrystusa zrodzonego dla nas w Piśmie jest równie trudno rozpoznać jak Chrystusa, którego zrodziła dla nas Maryja. W istocie nie możemy Go rozpoznać dopóki Jego Duch nie rozpozna Go w nas, oświecając nasze umysły swą tajemniczą obecnością. Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba (J 3,27). Takie było świadectwo Jana Poprzednika, który głosił całemu Izraelowi, że on sam nigdy by nie rozpoznał Mesjasza, gdyby nie zobaczył Ducha zstępującego na Niego z nieba (por. J 1,33). Tylko Duch Boga może wskazać nam Chrystusa. Ale chwila, w której to następuje, otwiera przed nami coś z głębi, owego wiecznego, nieskończonego rozbłysku poznania, w którym Bóg widzi i miłuje samego siebie. Boże odkrywanie samego siebie trwa odwiecznie. Tak doniosłe jest owo odkrywanie Boga przez Boga, że poprzez nie dokonuje się pochodzenie Osób Boskich. Ojciec – Widzący – jest Osobą. Jego Wizja jest rodzeniem Osoby. Z Wizji tej wypływa Miłość i staje się kolejną Osobą, a wszystkie Trzy są jednym Odkrywaniem swojej własnej, nieskończonej rzeczywistości. Jahwe, Ego sum, Ja jestem.

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, pisze św. Jan Ewangelista o Słowie, które stało się ciałem, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi (J 1,12).

Przyjęcie łaski poznania, w którym Duch uzmysławia nam przez tchnienie tajemniczego doświadczenia, jak Chrystus przemawia, śpiewa, cierpi i triumfuje w psalmach, powoduje, że budzimy się na nowo do Bożego synostwa. Podnosimy głowy w „dolinie cienia” i nabieramy oddechu, a światło w jednej chwili rozbłyskuje w naszych oczach, które tak długo napełnione były wodami śmierci. Wtedy nasz duch kruszy ściany swego grobowca cząstką tej mocy, której Chrystus udzielił naszym duszom w poranek swego Zmartwychwstania.

Bojaźń zamienia się w męstwo. Udręka staje się radością, nie przestając jednakowoż być udręką, tak że triumfujemy nad cierpieniem nie uciekając przed nim, lecz przyjmując je w całej pełni. Oto prawdziwy triumf, albowiem w uchylaniu się nie ma zwycięstwa.

Co więcej, sami stajemy się Kimś innym. Pozostając w pełni sobą, mamy równocześnie świadomość, że działamy wedle nowej zasady. Zostajemy napełnieni Bytem, który nie unicestwia naszego, który jest naszym własnym, a równocześnie „przyjętym”. To Osoba odwiecznie od nas odmienna, jednak utożsamiająca się z nami w sposób doskonały. To Chrystus, Bóg. Odkrywamy w tej teologicznej rzeczywistości, że natura ludzka jest przez Niego nie tyle wchłonięta, ile przyjęta. On przyjął konkretną, indywidualną naturę, lecz była ona naszą naturą, a wskutek tego przyjęcia ja umarłem z Nim na Krzyżu, ja też powstałem z Nim z martwych, żeby zasiąść po prawicy Ojca, który jest w niebie, ponieważ On nadal cierpi i umiera we mnie na tym padole srogiej walki i grzechu. Convivificavit nos in Christo, (razem z Chrystusem przywrócił do życia). Consedere nos fecit in caelestibus in Christo (razem posadził na wyżynach niebieskich – w Chrystusie), mówi św. Paweł (Ef 2,5–6). A Kościół prosi w modlitwie na uroczystość Wniebowstąpienia, abyśmy mogli zawsze tak żyć z Chrystusem, który jest naszym życiem w niebie .


Thomas Merton OCSO „Chleb na pustyni”

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl