„Służba Boża w dawnej Polsce. Studia o Mszy Świętej”. Wstęp ojca Pawła Sczanieckiego

Długosz w swych dziejach Polski daje opis, który zaciekawi historyka kultu. Rzecz dzieje się w roku 987 na Rusi. Kniaź Włodzimierz, którego potomność uczciła mianem wielkiego i świętego, stoi wobec dylematu w dziedzinie religii – którą wybrać? Jego posłowie jeździli do różnych krajów, aby dokładnie przyjrzeć się nabożeństwu łacińskiemu, greckiemu i innym. I wówczas, właśnie ze względu na przepych liturgii, wybór padł na religię z Konstantynopola. W opisie Długosza wyczuwa się pewien smutek, który łatwo zrozumieć.

Dzisiaj historyk kultu wie dobrze, jak prawdziwym w swej istocie jest ten opis. Dokąd mogli dotrzeć posłowie Włodzimierza, aby zobaczyć liturgię łacińską? W Polsce była ona dopiero w zalążku, podobnie w sąsiednich Czechach. Nawet i w Rzymie nie zobaczyliby niczego, co mogłoby równać się z przepychem nabożeństwa bizantyjskiego, jego śpiewów, szat, ceremonii i bazylik. Jedno tylko trzeba, w imię prawdy dziejowej, powiedzieć, że od owego czasu liturgia wschodnia nie dodała już nic więcej do swego bogactwa, podczas gdy łacińska właśnie rozpoczynała okres wspaniałego rozwoju. Dokonywał się on wszechstronnie, a więc objął sztukę, architekturę kościelną, obrzędy a wraz z nimi śpiew liturgiczny, i znakomicie pogłębił ich znajomość. Chociaż w pierwszym tysiącleciu dziejów Kościoła liturgia łacińska otrzymała już mocne fundamenty i prawa zasadnicze, to jednak dopiero następne wieki były widownią ogromnego postępu w tej dziedzinie. Dlatego historia kultu nie poprzestaje na badaniu najstarszych tradycji, ale coraz ciekawiej zwraca się ku średniowieczu, a nawet ku jego drugiej połowie. Tu bowiem znaleźć można odpowiedź na wiele kwestii współczesnych. Mnożą się studia liturgii średniowiecznej, która fascynuje swą żywotnością i bogactwem przejawów. Okazuje się dowodnie, że owe wieki były pod tym względem zupełnie wyjątkowe. Nigdy liturgia nie święciła takich sukcesów jak wtedy, chociaż krytyczne oko zobaczy, że i to nie było zupełnie idealne.

Jeśli historyk kultury widzi tak olbrzymi rozwój na przestrzeni drugiego tysiąclecia nowej ery, a badacz dziejów liturgii spostrzeże w swej dziedzinie analogiczną sytuację, to wszystko zdaje się zachęcać do studium polskich zwyczajów religijnych, które, w owym właśnie czasie zaszczepione w żywym tworzywie kultury narodowej, trwają aż dotąd bez przerwy. Poznanie tego wąskiego wycinka pozwala zobaczyć wzajemne przenikanie czasów i zakorzenienie obecnej chwili w dalekiej, zda się, przeszłości, zupełnie tak samo, jak i jutrzejsza rzeczywistość wyrośnie z tego, co jest dzisiaj i tym tłumaczyć się będzie najdoskonalej. To sprawia, że historię człowiek nazwał nauczycielką życia, tej trudnej sztuki. Ona naucza, przestrzega, ale i wskazuje lekarstwa.

W nabożeństwie Kościoła katolickiego uderzają dwie właściwości. Jedna, że jest ono żywe, wciąż przekształca się, choćby niepozornie, i wciąż dopełnia. Druga zaś cecha to jego zastanawiający konserwatyzm. W wyniku tego dziwnego współistnienia każdy przejaw kultu liturgicznego jest zarazem ten sam, co przed wiekami, a przecież nigdy nie powtarza się on zupełnie. Nigdy też nie można wskazać imiennie autora tego czy innego zwyczaju, gdyż nikt go w Kościele nie wymyślał, a każda rzecz ma swoje precedensy w historii, te znów swoje i swoje, aż ostatecznie początki giną gdzieś w pomroce wieków. Tak jest ze śpiewem liturgicznym Kościoła, tak z procesjami, świętami, obrzędami, tak ze wszystkim. Każda więc rzecz i sprawa w Kościele niesie z sobą ciężki bagaż własnej historii. Oczywiście badacza pasjonuje rozróżnienie tego, co stałe, i tego, co zmienne w poszczególnych przejawach. Wszakże studium to nie jest wcale akademickie, bo zmierza wprost ku praktycznym celom, ku zrozumieniu tego, co dla każdego katolika jest jego własnym dziedzictwem.

Oto garść studiów dotyczących Mszy św. i związanych z nią zwyczajów staropolskich. Ktoś zapyta, czy istotnie są to polskie zwyczaje? Na pewno, nie! – Nie wymyślono tu żadnego z nich, bo Polska nie jest ojczyzną rytów. Ich dzieje cofają się zawsze gdzieś w oddali wieków poza granice kraju. Wielkim wydarzeniem sprzed tysiąca lat było przyjęcie chrześcijaństwa, które szło tu z Rzymu długimi drogami. Zwyczaje z chwilą przeszczepienia ich na teren tutejszy żyły już, przemieniały się, rozwijały lub ginęły, jednym słowem miały tu swoją własną historię, własne przejawy, własne blaski i cienie. Stały się one cząstką kultury religijnej. To dostatecznie uzasadnia decyzję podjęcia niniejszych studiów. Dotyczą one zwyczajów religijnych, które w Kościele nadal trwają, takie same a już inne, znane dobrze a przecież pełne tajemnic.

Jeśli to prawda, co powiedziano o tych drobnych, ale ciągłych zmianach w historii liturgii, to pewne, że na przestrzeni tysiąclecia nagromadziło się dosyć materiału i problemów, i warto im poświęcić nieco trudu. Wszyscy badacze z wielkim Jungmannem na czele o tym świadczą. Niestety na terenie Polski nie było ich wielu, lokalna tradycja pozostaje niezbadana. To naturalnie zaciekawia, ale (kto tego nie spostrzega?) niesie wielkie ryzyko. Niejedno z twierdzeń zbyt pośpiesznych obudzi sprzeciw – wywoła replikę… Trudno, jeśli taką drogą wiedza idzie naprzód, niech tak będzie.

Tysiąc lat historii Kościoła w Polsce – to zarazem tysiąc lat Mszy św. i liturgii. Jak odprawiał ją św. Wojciech? Jak wówczas wyglądała? Nie były to wieki spokojne. Pierwszy posiew zmiotły wydarzenia w 1037 r. Ale chrystianizm uparcie powracał. Ta kilkuletnia przerwa stanowi zarazem próg nowego okresu w historii kultu. Lada chwila nowe przejawy ukażą się już wyraźnie. Niestety na terenie polskim nauka nie może się w tym okresie oprzeć na jakichś konkretnych informacjach. Wolno tylko domyślać się z analogicznych wydarzeń na Zachodzie.

Na przestrzeni tych wieków liturgia w Polsce musiała wytrzymać liczne ataki. Pierwszym był husytyzm. Nie tu miejsce, aby omawiać wielostronne zasługi Jana Husa w zakresie społecznym, narodowościowym czy językowo-ortograficznym. Jednakże z punktu widzenia dziejów liturgii tendencje ruchu husyckiego były wprost zabójcze dla nabożeństwa Kościoła. Podobno sam Jan Hus głosił prawdziwą naukę o Eucharystii św., za to późniejsze pokolenia jego zwolenników odeszły od niej daleko. Wszystkie te wydarzenia odbiły się w Polsce głośnym echem i od miejscowych teologów wymagały obrony. To samo odrodziło się w w. XVI. Ciekawą informację o tym przynoszą Marcina Kromera „Rozmowy Dworzanina z Mnichem”. Warto tę wypowiedź przypomnieć w całości: Dworzanin wylicza swe zarzuty: „A to przyjmowanie Ciała Bożego pod jedną osobą, bezżeństwo wasze duchowne to jest celibatus i inne śluby, czyściec, msze, żałomsze i wigilie, wzywanie świętych, uczczenie trupich kości a ścirwów, odpusty, obrazy, pokuty albo dosyć uczynienia za grzechy, ofiary, zasługi dobrych uczynków, święcenie wody, soli, ziół, oleju, chleba, krzyżma, obowiązanie na posty, na święta, na spowiedź, na posłuszeństwo księży, biskupom i papieżowi, i ine ustawy i wymysły ludzkie pod klątwą i grzechem śmiertelnym i wiele inych zabobonów, które wolność krwią pana Krystusową nabytą zniewoliły barzej, niźli żydy zakon stary…”

Istotnie, zaatakowane zostało wszystko od podstaw. Wystarczy rzucić okiem na to, co o Mszy św. pisał Łaski, Ochinus albo Chrząstowski. Skarga opublikował kilkadziesiąt wypowiedzi różnowierców o słowach konsekracji. Zbyt długi to jednak dokument, aby w całości go przytaczać.

Przecież wiek XVI jest złotym w dziejach liturgiki w Polsce. Nigdy nie napisano tak wiele o Mszy św., jak w tym właśnie dziwnym wieku. Zachowało się szereg traktatów dogmatycznych, apologetycznych, liturgicznych w tym zakresie. To wiek, w którym wydrukowano wiele ksiąg liturgicznych dla polskich diecezji, mszałów, antyfonarzy, agend i rytuałów. Są one nieocenionym źródłem dla badacza. Zresztą tych źródeł jest zbyt wiele, aby mógł je wyczerpać ktokolwiek, nawet po wielu latach studiów. Trzeba tylko odszukać modlitewniki (z których niejedne kryją się jeszcze na pewno w okładkach foliałów), statuty synodów, żywoty świętych, wizytacje diecezji, listy pasterskie, uchwały kapituł, ewangeliarze, postylle, zbiory kazań, relacje nuncjuszów papieskich… Archiwa zakonne, jezuitów, dominikanów, bernardynów – to cała literatura odrębna zupełnie, a tak przecież wpływająca na polski obyczaj religijny. Zarazem trzeba się liczyć z tym, że przedmiot omawiany ma w tym wieku podwójne oblicze – na jego początku i na końcu: bowiem w tymże wieku dokonał się wielki sobór trydencki. Jego ustawy przyjęła Polska w 1577 r. Zarazem rozpoczął się nowy okres poprawy i odnowy. Powstał cały szereg rytów noszących jeszcze cechy starodawne, ale zarazem już i nowe, bo autentyczna reforma odznacza się zawsze wielkim pietyzmem do istniejącego zwyczaju religijnego. Najsłuszniej nazwano Mszał pamiętnikiem Kościoła, a są z nim na równi rytuał, kalendarz i inne księgi liturgiczne. Toteż wiele można z nich wyczytać. Wszystkie prądy umysłowe, wszystkie dyskusje zawsze zostawiały w nich jakieś ślady.

Nie brak więc materiału do studium. Rola, którą odgrywa nabożeństwo liturgiczne w życiu Kościoła, zwłaszcza w średniowieczu, a zarazem fakt, że w skąpym piśmiennictwie owych czasów wielką część stanowią dokumenty kościelne, sprawia, iż liturgia jest jednym z rzadkich przedmiotów, który można opracować nawet w drobniejszych szczegółach.

Ze względu na to, że najczęściej źródła zwyczajów religijnych w Polsce tkwią gdzieś na Zachodzie, nieocenioną pomoc niosą drobiazgowe opracowania przedmiotu w tamtejszej literaturze. Zarazem ze znamiennej trwałości zwyczajów religijnych w terenie trzeba wyciągnąć ten wniosek, że i obecny przebieg nabożeństwa niesie w sobie wiele elementów starodawnych. Słusznie zwrócono uwagę, że stare zwyczaje zachowały się ,,w najniższych warstwach Kościoła”, mianowicie w miasteczkach i wsiach położonych na uboczu. Niestety nikt nie napisał jeszcze jakiegoś Iter polonicum, które by pozwoliło zorientować się w całym bogactwie i różnorodności zwyczaju liturgicznego w obecnej Polsce.

W poniższych studiach autor stara się korzystać z tych wszystkich pomocy, jeden wszakże czyniąc wyjątek, mianowicie korzystał tylko ze źródeł drukowanych. Oczywiście nie płynie to z lekceważenia owych bezcennych informacji, które zawierają rękopisy. Na pewno wymagają one specjalnego opracowania. Rozumie to doskonale obecne pokolenie, bo na jego oczach dokonał się pogrom staropolskich zasobów kultury. Wiele najbogatszych księgozbiorów kościelnych padło ofiarą wojny.

Jednakże jest także inna możliwość. Podsunął ją i rozwinął prof. T. Wojciechowski pisząc o katedrze wawelskiej. Monografia ta zdezaktualizowana wprawdzie przez nowe wykopaliska i prace uczonych, pozostaje arcydziełem, z którym warto się zapoznać. Otóż znakomity autor tak pisze o ostatnim tysiącleciu na Wawelu: „Nie było półwiecza, żeby tu nie budowano, wyniknął z tego pomnik różnorodny, złożony z wielorakich murów, na których znać objawy wszystkich stylów i technik, które przez ten czas ważyły. Tak samo jest wszędzie, we wszystkich, po części najstarszych budowlach świata, którekolwiek budowały i dopełniały się w ciągu wieków. I można powiedzieć, że te dzieła architektury mają w swojej konstrukcji coś podobnego do najstarszych poezji bohaterskich, które także rosły i składały się przez wieki. Żeby je zrozumieć, należy je badać prawie tak samo, jak filologowie rozbierają te epopeje, wydzielając z nich części, a najprzód te, które przyrosły najpóźniej, po czym dopiero odróżni się pierwotne jądro. Taki też musi być porządek niniejszej pracy. Żeby dojść do tego, co było najdawniej, jaki był plan katedry romańskiej, a nie dopiero owej pierwotnej, Chrobrego, trzeba naprzód rozeznać, co zbudowano później, tj. w czasach gotyku i następnych po nim wiekach. Rozpocznę zatem od zbadania obecnego stanu budowy”.

Zwyczaj liturgiczny Kościoła ma podobną strukturę więc można oczekiwać, że ta sama metoda tu zastosowana przyniesie również cenne osiągnięcia. Do takiej decyzji skłania nadto fakt, że druk ukazał się mniej więcej współcześnie z największymi przemianami w zakresie liturgii staropolskiej. W każdym razie, w ogromnej literaturze religijnej XVI w. odzwierciedlają się znakomicie zarówno dawne, a więc średniowieczne zwyczaje, jak i nowe hasła, które już po soborze trydenckim przyświecać będą wiekom następnym. Przy tym trzeba wyrazić twierdzenie, powtarzane jeszcze wielokrotnie w trakcie niniejszego studium, że w historii kultu doba średniowieczna kończy się nieco później, między pierwszym podmuchem nowinek z Zachodu a przyjęciem dekretów trydenckich w 1577 r. Nęcić może przeprowadzenie podziału historii tej, za wzorem polonistów, na okres staropolski, średniopolski i nowopolski. Przyjmując ten podział łatwiej będzie uwydatnić wiek XVI, jako złoty okres polskiej liturgiki. Mniejsza zresztą o podziały, przeprowadzą je systematycy zagadnienia. W studiach niniejszych, jak wolno ufać, badacz rękopisów liturgicznych w Polsce znajdzie komentarz do wielu spraw, które go zainteresują. Również i obecny zwyczaj religijny zyskuje pewne oświetlenie ze strony historii.

Wspomniano już Wawel i królewską katedrę. O jakże jej liturgia zasługuje na obszerną monografię, która by obaliła legendę o niedostatkach staropolskich tradycji religijnych! W 1569 r. kult Boży na Wawelu – zdaniem nuncjusza Ruggierego – „nie ustępuje żadnemu innemu w chrześcijaństwie”. Bardziej szczegółowy opis dotyczy katedralnego nabożeństwa w XVII w. „Mało była która bazylika na świecie – pisze ks. bp L. Łętowski – co równaćby się mogła w majestacie swoim, do kościoła naszego katedralnego na Zamku. Wielki ołtarz wzniosły i cały pozłocisty, zdobił chór mniejszy jego. Obok po prawej stał tron, a na nim zasiadał król w całym majestacie swoim. Po drugiej stronie siedział biskup otoczony koroną kleru swego… Na ołtarzu był wizerunek Pana Panów, przed którym obie te potęgi uginały czoło swoje do ziemi, berło i pastorał, biorąc od pokory swojej wielkość swoją. W dni uroczyste świeciły się po tym ołtarzu porozstawiane kości śś. Pańskich, pokute w blachy srebrne i złote, i błyszczące od drogich kamieni; a na górnym gzymsie stawiano Apostołów złotych. Na środku kościoła, między chórem a nawą jego powiewały chorągwie grunwaldzkie, rozwieszone po czterech bokach grobu ś. Stanisława, na którym widziałeś ołtarz cały srebrny i liczne wota z tegoż metalu… O której godzinie przyszedłeś do kościoła znachodziłeś nabożeństwo, które dzień i noc nie ustawało, a coś słyszał u nas tylko. Od północka poczynano śpiewać głosem czystym Jutrznię i Laudes, a było od tego 30 wikariuszów: co trwało całe dwie godziny. Po Jutrzni przychodzili insi kapłani i śpiewali officium de s. Cruce, a po nich insi Defunctorum i Officium B. Virginis Mariae. Codziennie było ośm mszów śś. śpiewanych, in Cantu figurali duae, et sex in Cantu Chorali, które kończyła msza ś. Conventualis, śpiewana przez jednego z kanoników. Po skończonych mszach śś. przychodzili Psałterzyści i śpiewali Psałterz aż do Nieszporów: a na opieszałych były kary ciężkie. Po odbytych czworakich nieszporach: s. Crucis, Beatae Virginis, Defunctorum et Diei, wracali Psałterzyści i śpiewali Psalmy napowrót do północka. O samym północku odzywał się dzwon zamkowy i dawał znak do Jutrzni, za którego uderzeniem, po całym mieście Zgromadzenia zakonne, żeńskie i męskie, rozpoczynały śpiewanie Jutrzni u siebie, a miasto brzmiało w murach swoich chwałą Pańską”.

Chociaż przytoczony powyżej opis nie we wszystkim odpowiada liturgicznym ideałom, nie można zaprzeczyć mu ani rozmachu, ani barwy. Z całą pewnością tradycje wawelskie były znakomite, dowodzi tego jedyny chyba punkt staranniej opracowany, mianowicie ceremoniały koronacyjne. Niezawodnie również inne obchody i obrzędy zasługują na poznanie i rozważenie. To prawda, że dzisiejszego badacza interesują raczej przejawy liturgii w kościołach parafialnych, a mniej tamte królewskie i katedralne. Niniejsze studia ich właśnie dotyczą, z tym jednak, że autor wyznaje przekonanie o jedności liturgii rzymskiej, w której różnią się tylko sposoby wykonania: uroczysty katedralny, kolegiacki, czasem klasztorny od prostego praktykowanego w kościołach parafialnych. Takie ujęcie pozwala szukać wzajemnych objaśnień, bardzo cennych w tym terenie. Liturgia więc katedralna jest w zasadzie wzorem, który naśladują inne kościoły według swych lokalnych możliwości. Jednakże mimo tej jedności, różne są źródła poznania obu przejawów liturgii: katedralnej dotyczą raczej statuty kapitulne, parafialnej synodalne itd.

Chociaż dawnych badaczy interesowała pontyfikalna, uroczysta liturgia i ogromna większość dawnych opracowań jej przede wszystkim dotyczy, tu wyraźnie zainteresowanie zwraca się ku formom prostszym, mianowicie ku Sumie niedzielnej, a tamte tylko w razie potrzeby zostaną wykorzystane. Chociaż najczęściej autorzy tego rodzaju monografii wyszukują lokalne odrębności rytualne, to tu, przeciwnie, zostaną one tylko zarejestrowane w tej mierze, w jakiej należą do tematu, a jest nim genetyczne wyjaśnienie zwyczajów obecnie w Polsce praktykowanych. Temu służą nawet analizy wypowiedzi sprzed lat tysiąca. Niekiedy dowodzą one trwałości jakiegoś zwyczaju, czasem jego ewolucji, czasem jego zubożenia. Ten ostatni przejaw jest szczególnie zasmucający. Ryty potężne potrafią zupełnie zatracić znaczenie, a co za tym idzie, przestają wywierać swój błogosławiony wpływ w duszy człowieka. Niestety, w kilku wypadkach jest to bardzo wyraźne. Nie potrafią tego wynagrodzić zdobycze czasów nowszych.

Garść niniejszych studiów nie wyczerpuje wcale zagadnienia. Przede wszystkim odpowiada tytułowi swemu tylko w najwęższym znaczeniu. Staropolski język przez służbę Bożą rozumiał nie tylko całość nabożeństwa, ale i ściślej samą Mszę św.: „Msza jest służba Boża” – pisze Mikołaj z Wilkowiecka. To są pierwsze słowa w jego książeczce o liturgii mszalnej. Można by mnożyć przykłady, ale nie o to tu chodzi. Następujące studia dotyczą wyłącznie Mszy św. i to tylko niektórych jej obrzędów, niektórych zwyczajów, które dziś jeszcze można zaobserwować w Polsce choćby już istniały tylko w formie niezrozumiałych szczątków. Zarazem raz przyjęty tytuł nie wyklucza, że temat ten uzupełni się czy to znowu w wąskim zakresie, czy też rozszerzając go do innych zagadnień, sakramentów, sakramentaliów, obchodów roku kościelnego itd.

Na koniec wymaga wyjaśnienia sam termin liturgia, co do niej należy, a co nie. Nie bacząc więc na tendencje zacieśniające zakres tego czcigodnego pojęcia, autor posługiwać się nim będzie w znaczeniu szerokim. Encyklika Mediator Dei przedstawia liturgię jako integrum publicum cultum mystici Jesu Christi corporis. To prawda, że autor nie umie się wyzwolić spod uroku pism o. P. Parscha, który rzecz oświetla w sposób szczególny. To oświadczenie nie jest zbyteczne, a przynajmniej uchroni od nieporozumień: dalsze wywody chcą służyć szerszej sprawie, a nie tylko wąskim specjalizacjom.

Jest rzeczą znamienną w historii liturgii, że stwarzała ona zawsze dokoła siebie całą mnogość najściślej z sobą związanych zwyczajów, modlitw, pieśni, obchodów, które towarzysząc jej najlepiej ją wyjaśniały, przygotowywały i dopełniały. Czy należą one do liturgii? Na terenie polskim gorącym zwolennikiem zaliczenia ich do liturgii był ks. J. Fijałek, który cytował również inne powagi naukowe. Autorytet tego największego znawcy zwyczajów staropolskich domaga się rozważenia sprawy ponownie, jest bowiem to prawdą, że nawet etymologia słowa „liturgia” mówi wyraźnie o dziele ludu. Kto znów przywiązuje takie wielkie znaczenie do języka łacińskiego jako warunku, jednego z licznych, aby ryt mógł zostać zaszeregowany między obrzędy liturgiczne, niech weźmie w rachubę, że Kościół rzymski zachowywał w swym nabożeństwie ślad ludowości liturgii właśnie w tym języku łacińskim, którego używa. Nie jest on przecież klasyczny, ale ludowy. Innych świadectw można by dostarczyć wiele. Oczywiście, te uwagi nie zmierzają do ograniczenia użytku łaciny w oficjalnej liturgii Kościoła, ani do umniejszenia jej roli w tworzeniu staropolskiej kultury religijnej. Przeciwnie, wejście łacińskiej liturgii w obyczaje narodowe, w ogóle spotkanie języka rodzimego z łaciną przed 1000 lat autor uważa za wielki sukces. Nikt nie potrafi ocenić, jak wielkie znaczenie miała owa błogosławiona decyzja Mieszka I z 966 r.

Rozważając współrzędnie z liturgią tamte inne formy nabożeństwa, chce autor wyrazić uszanowanie dla myśli Kościoła, który nie tylko je tolerował, ale ustanawiał, swą wysoką aprobatą zatwierdzał i pozwalał włączać aż do wewnątrz swego oficjalnego nabożeństwa. Nie od rzeczy będzie dodać, że współistnienia tego dowodzą świadectwa historyczne z całego tysiąclecia Kościoła w Polsce. Toteż autor nie umie sobie wyobrazić ich sztucznego oddzielania, owszem rezygnacji z tych pomocy, które mu one, jako historykowi kultu, udzielają.

Wydaje się, że książka niniejsza, choć nie rozwiąże wszystkich zagadnień, przecież pokaże przynajmniej niektóre z nich. Może nawet te najbardziej zasadnicze. Niech nikogo nie dziwi pominięcie tak ważnych tematów, jak uroczyste głoszenie Ewangelii i związane z tym bogate w Polsce zwyczaje, jak wspominanie zmarłych w trakcie nabożeństwa, Komunia św. pod jedną postacią itd.

Może jeszcze będzie kiedyś okazja, aby te braki uzupełnić. Nie ma wątpliwości, że materiału wystarczy i na podwojenie całości. Nie starcza tylko czasu. Uczciwość każe wreszcie zastrzec się, że opisywane poniżej rzeczy nie były przecież zawsze przez wszystkich praktykowane.

Każdy napotkany ślad zwyczaju, jeśli tylko zasługiwał na to, został zapisany i omówiony – to nie znaczy, że był powszechny albo prawidłowo wykonywany itd. Powinność i rzeczywistość to dwie płaszczyzny, które nie często się spotykają. Jeśli ongiś pisało się o czymś – a te studia opierają się przede wszystkim na źródłach pisanych – to pisało się nie dlatego, że jakaś sprawa prawidłowo istniała, ale dlatego, iż wykoleiła się, znikła, albo pożądanym było jej wprowadzenie. Niestety, wnioski, jakie z tego potrafi autor wyciągnąć, są względnej wartości.

W braku pewności tworzy się hipotezy. Mają one inny sposób bycia niż pewniki, bo upadają, gdy pojawienie się czegoś pewnego je przekreśli. Na razie jednak spełniają doskonale roboczą i pomocniczą rolę. Takich hipotez trzeba było niekiedy użyć. Jednakże tezy zasadniczej o bogactwie przejawów życia liturgicznego w Polsce nie opiera autor na hipotezach, bo ona wynika wprost z nagromadzonych dowodów rzeczowych. Wolno przypuścić, że one wpłyną na modyfikację niektórych wyobrażeń przyjmowanych dotąd bezspornie // Tyniec, 21 marca 1962.


O. Paweł Sczaniecki. Wstęp do monografii „Służba Boża w dawnej Polsce”


Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl