Thomas Merton OCSO: „Prawdziwa kontemplacja nie jest psychologicznym chwytem, lecz teologiczną łaską. Przychodzi do nas wyłącznie jako dar, nie zaś jako wynik naszego własnego, zręcznego posługiwania się duchowymi technikami”

Modlitwa kontemplacyjna jest w pewnym sensie wyborem pustyni, pustki i ubóstwa. Znaczenie kontemplacji zaczynamy rozumieć wówczas, gdy intuicyjnie i spontanicznie szukamy ciemnej i nieznanej ścieżki ogołocenia, uznając ją za lepszą od każdej innej. Człowiek oddany kontemplacji to ten, kto wolałby raczej nie wiedzieć, niż wiedzieć, nie cieszyć się, niż się cieszyć. Wolałby raczej nie mieć dowodu, że Bóg go kocha. Przyjmuje miłość Boga w wierze na przekór wszystkim oczywistym dowodom. To jest konieczny, choć paradoksalny warunek mistycznego doświadczenia rzeczywistej obecności Boga i Jego miłości do nas. Tylko wtedy, gdy umiemy pozwolić, by „odeszło” wszystko, co jest w nas, całe pragnienie widzenia, poznania, skosztowania i doświadczenia obecności Boga, wtedy naprawdę stajemy się zdolni do doświadczenia tej obecności wraz z nieprzepartym przekonaniem i poczuciem rzeczywistości, które rewolucjonizuje całe nasze życie wewnętrzne.

Czternastowieczny mistyk angielski Walter Hitton, pisze w swym dziele Waga doskonałości:

Znacznie lepiej jest być odciętym od widoku świata podczas tej ciemnej nocy, jakkolwiek byłoby to przykre, niż pozostawać na zewnątrz i być opanowanym przez fałszywe światowe przyjemności […] Kiedy bowiem jesteś w tej ciemności, jesteś o wiele bliżej Jeruzalem niż wtedy, gdy pozostajesz w fałszywym świetle. Otwórz więc swoje serce na poruszenie łaski i przywyknij do pozostawania w tej ciemności, staraj się z nią zaprzyjaźnić, a szybko odnajdziesz pokój i prawdziwe światło duchowego zrozumienia zaleje twoją duszę…

Zasadniczo kontemplacja jest wsłuchiwaniem się w ciszy, jest oczekiwaniem. A jednak naprawdę możemy usłyszeć Boga, kiedy w pewnym sensie przestaniemy słuchać. Jak wyjaśnić ten paradoks? Może tylko tak, że istnieje jakiś wyższy rodzaj słuchania, który nie polega na skupieniu uwagi na określonej długości fal ani na gotowości przyjęcia pewnego rodzaju posłania, lecz ogólnie na pustce, która czeka na wypełnienie posłania Boga wewnątrz swej własnej, oczywistej nędzy. Inaczej mówiąc, prawdziwy człowiek kontemplacji to nie ten, kto przygotowuje swój umysł na szczególne posłanie, jakie pragnie usłyszeć i oczekuje go, lecz ten, kto pozostaje pusty, ponieważ wie, że nigdy nie może spodziewać się ani przewidzieć słowa, które przekształci jego ciemność w światło. Nawet nie spodziewa się szczególnego rodzaju przemiany. Nie domaga się zastąpienia ciemności światłem. Czeka w milczeniu na Słowo Boga, a kiedy zostaje „wysłuchany”, to nie tyle przez słowo, które wpada w jego ciszę, ile przez swą własną ciszę, nagle i w niewytłumaczalny sposób objawiającą mu się jako słowo o wielkiej mocy, pełne Bożego głosu.

Nie wolno nam jednak ujmować modlitwy kontemplacyjnej w sposób czysto kwietystyczny. Nie jest ona wyłącznie negacją. Nikt też nie stanie się kontemplatykiem jedynie przez „zaciemnienie” zmysłowej rzeczywistości i samotne pozosta­wanie w ciemnościach. Przede wszystkim ten, kto postawiłby sobie taki cel jako rezultat praktycznego rozmyślania na dany temat, bez wewnętrznego powołania, wstępuje po prostu w sztuczną, przez siebie wytworzoną ciemność. Nie pozostaje sam na sam z Bogiem, lecz jedynie z sobą. Nie znajduje się w obecności Jedynego Transcendentnego, lecz w obecności idola – własnej, zadowolonej z siebie tożsamości. Zanurza się i gubi w sobie, trwa w stanie bezczynności, prymitywnego i infantylnego narcyzmu. Jego życie to „nic”, ale nie w owym dynamicznym, tajemniczym znaczeniu, w jakim „nic” (nada) mistyków jest paradoksalnie także „wszystkim” (todo) Boga. To zwyczajna nicość bytu skończonego, pozostawionego sobie i zaabsorbowanego własną banalnością.

W XIV wieku mistycy nadreńscy musieli walczyć z wieloma heretyckimi formami kontemplacji. Zarówno Tauler, jak i Ruusbroeck precyzyjnie odróżniali ciemną noc prawdziwej kontemplacji od samowolnej bierności kogoś, kto systematycznie przyswaja sobie kwietystyczną formę modlitwy, trwając w bezczynności, jakby ona sama z sie­bie wystarczała do rozwiązania wszystkich problemów. Tauler pisze:

Są to ludzie niezdolni uczynić kroku naprzód. Zdają się na swój naturalny rozum, są z niego nadzwyczaj dumni i nigdy nie wniknęli głęboko w czcigodne życie naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Nawet nie próbowali poprawić swojej natury przez praktykę cnót i nie szli drogą czystej miłości; trzymają się raczej swego rozumu i fałszywej wewnętrznej bierności.

Kłopot z kwietyzmem polega na tym, że człowiek oszukuje samego siebie własnymi racjonalizacjami i manipulacją rzeczywistości. Przedmiotem kultu staje się „zachowanie spokoju”, jakby samo w sobie miało ono moc rozwiązania wszystkich problemów i wprowadzania człowieka w relację z Bogiem. Ostatecznie jest to tylko wymówka, brak uczciwości i powagi oraz lekceważenie łaski i ucieczka od Boga. Tyle o „czystym kwietyzmie”. Lecz czy w naszych czasach coś takiego rzeczywiście istnieje?

Absolutny kwietyzm nie stanowi większego niebezpieczeństwa we współczesnym świecie. Chcąc być w pełni kwietystą, trzeba dokonywać heroicznych wysiłków, aby zachować spokój, a wysiłki takie przekraczają siły większości z nas. Jednak istnieje pokusa pewnego pseudo-kwietyzmu, która dotyka tych, którzy czytają książki o mistycyzmie, a zupełnie ich nie rozumieją. Prowadzi ich to do rozmyślnej negacji życia duchowego, która objawia się zaniechaniem modlitwy. Dzieje się tak tylko dlatego, że człowiek wyobraża sobie, że przez zaniechanie aktywności automatycznie przechodzi w kontemplację. Ostatecznie prowadzi to do pustego, pozbawionego wewnętrznej wartości życia duchowego, w którym rozproszenia i emocjonalne popędy umacniają się kosztem wszelkiej dojrzałości, zrównoważonej aktywności umysłu i serca. Trwanie w tej pustce mogłoby być bardzo szkodliwe dla ducha, moralności i umysłu.

Ten, kto po prostu podąża zwykłą drogą modlitwy bez żadnych uprzedzeń i bez komplikacji, będzie w stanie znacznie lepiej przygotować się do przyjęcia swego powołania – zakładając, że je ma – do modlitwy kontemplacyjnej w odpowiednim czasie. Prawdziwa kontemplacja nie jest psychologicznym chwytem, lecz teologiczną łaską. Przychodzi do nas wyłącznie jako dar, nie zaś jako wynik naszego własnego, zręcznego posługiwania się duchowymi technikami.

thomas_merton_modlitwa_kontemplacyjna_cytat

Logika kwietyzmu jest logiką czysto ludzką, w której dwa plus dwa daje cztery. Niestety logika modlitwy kontemplacyjnej należy do zupełnie innego porządku. Jest poza rzeczywistością ścisłego związku przyczyny i skutku, ponieważ całkowicie należy do miłości, wolności i duchowego zjednoczenia. W prawdziwej kontemplacji nie ma „przyczyny”, dla której pustka ma nas koniecznie doprowadzić do spotkania twarzą w twarz z Bogiem. Równie dobrze pustka może przywieść nas do spotkania z diabłem i rzeczywiście czasem tak się dzieje. To jest właśnie część zagrożeń związanych z duchową pustynią. Jedynym zabezpieczeniem przed spotkaniem diabła w ciemności (jeżeli w ogó­le można tu mówić o zabezpieczeniu) jest nasza nadzieja w Bogu, nasza wiara w Jego głos, nasza ufność w Jego miłosierdzie.

Dlatego droga kontemplacji w żadnym razie nie jest przemyślaną „techniką” ogołacania siebie, aby osiągnąć ezoteryczne przeżycia. Jest to paradoksalna odpowiedź na niemal niezrozumiałe wezwanie Boga, które wciąga nas w samotność, zanurza w ciemność i milczenie nie po to, by odciągnąć nas od niebezpieczeństwa i zabezpieczyć przed nim, lecz aby przenieść nas przez niewypowiedziane niebezpieczeństwa cudem swej miłości i mocy.

Droga kontemplacji w rzeczywistości nie jest drogą. Tylko Chrystus jest drogą, a On jest niewidzialny. „Pustynia” kontemplacji to po prostu metafora wyjaśniająca stan pustki, jakiej doświadczamy, kiedy porzuciliśmy wszystkie drogi, zapomnieliśmy o sobie i przyjęliśmy niewidzialnego Chrystusa jako naszą drogę. Jak pisze św. Jan od Krzyża:

Bardzo więc utrudnia sobie drogę taka dusza, która dążąc do tego wysokiego stopnia zjednoczenia z Bo­giem, przywiązuje się do jakiegoś pojęcia, odczuwania, wyobrażenia, upodobania w swojej woli, do swoich nawyknień i w ogóle do jakiejkolwiek innej rzeczy lub własnego dzieła, nie umiejąc oderwać się i ogołocić z tego wszystkiego. […]

Należy podkreślić, że w tym dążeniu wejście na drogę oznacza zejście ze swej drogi, albo jaśniej mówiąc, odrzucenie własnego, ograniczonego sposobu postępowania jest dojściem do celu, jest dojściem do tego, co nie ma ograniczenia, to jest do Boga. Dusza przychodząca do tego stanu nie ma swoich sposobów postępowania i nie przywiązuje się, ani się do nich przywiązać nie może […] i gdy dusza nie ma żadnego z nich, ma wszystko.

Można to uzupełnić następującymi słowami Jana Taulera:

Gdy człowiek raz zakosztował tej całkowicie wewnętrznej miłości, pogrąża się w swoją własną nicość i małość, i w nich się roztapia. Bo im jaśniej i czyściej błyszczy w nim wielkość Boga, tym bardziej w nim rośnie świadomość naszej małości i nicości. Po tym właśnie zapadaniu się we własną nicość człowiek poznaje, że ma do czynienia z prawdziwym oświeceniem Bożym istotowym, które nie zatrzymuje się na obrazach i władzach duszy, lecz przenika do samej jej głębi.

Można z tego wyciągnąć dwa proste wnioski. Pierwszy, że kontemplacja jest szczytem chrześcijańskiego życia modlitwy, ponieważ Bóg niczego od nas nie pragnie tak bardzo, jak tego, żeby On sam stał się naszą „drogą”, naszą „prawdą i życiem”. Tylko dla tej przyczyny zstąpił na ziemię, aby nas odnaleźć i wziąć ze sobą do Ojca. Jedynie w Nim i z Nim możemy osiągnąć niewidzialnego Ojca, którego żaden człowiek nie może ujrzeć i po­zostać przy życiu. Przez umieranie dla siebie i dla wszystkich naszych „dróg”, „logiki” i „metod” mo­żemy zostać zaliczeni pomiędzy tych, których miłosierdzie Ojca powołało do siebie w Chrystusie. Równie ważny jest drugi wniosek. Przemiana naszego wewnętrznego życia nie dokonuje się na drodze logicznego rozumowania. Nie możemy utrzymywać, że „pustka” jest tożsama z „obecnością Boga” i zacząć zdobywać obecność Boga przez ogołacanie naszej duszy z wszelkich obrazów. To nie jest ani kwestia logiki, ani przyczyny i skutku. Nie jest to również sprawa pragnienia, zaplanowanego przedsięwzięcia, jak też naszej własnej duchowej techniki.

Całą tajemnicę prostej modlitwy kontemplacyjnej stanowi tajemnica Bożej miłości, osobistego powołania i wolnego daru. To, i tylko to czyni z niej prawdziwą „pustkę”, w której nic z nas nie zostaje.

Pustka, którą się rozmyślnie uprawia dla zaspokojenia własnej duchowej ambicji, w ogóle nie jest pustką – jest pełna samej siebie. Jest tak pełna, że światło Boga w żaden sposób nie może dotrzeć do jej wnętrza. Nie ma szczeliny ani zakątka, przez które cokolwiek innego mogłoby przeniknąć do twardego jądra naszych własnych aspiracji, naszego wyboru, by skupić się na samym sobie. Taka „pustka” to w rzeczywistości pustka piekła. W kon­sekwencji każdy, kto pragnie być kontemplatykiem, powinien dwa razy pomyśleć, zanim wyruszy w tę drogę. Być może najlepszą drogą do stania się człowiekiem kontemplacji jest głębokie pragnienie, by nie być niczym innym? Kto wie?

Lecz i to, oczywiście, także nie jest prawdą. W życiu kontemplacyjnym nie liczy się ani pragnienie, ani odrzucenie pragnienia. Liczy się jedynie to „pragnienie”, które jest formą „pustki”, czyli to, które zgadza się na nieznane i milczące podążanie naprzód, gdy nie widać drogi. Wszystkie paradoksy dotyczące drogi kontemplacji sprowadzają się do jednego: żyć bez pragnienia oznacza, że kieruje nami pragnienie tak wielkie, że aż niepojęte. Jest ono zbyt wielkie, aby można je było w pełni odczuć. To ślepe pragnienie, które przypomina pragnienie „niczego”, tylko dlatego, że niczym nie można go zaspokoić. A ponieważ może ono trwać w niczym (in no-thing), więc pozostaje – mówiąc relatywnie – w pustce. Lecz nie po prostu w pustce jako takiej, pustce dla samej siebie. Właściwie nie ma czegoś takiego jak czysta pustka, a jedynie negatywna pustka tego, kto oddaje się fałszywej kontemplacji. Taka pustka jest „rzeczą”, a nie „niczym”. „Rzecz” taka to po prostu ciemność własnego „ja”, z którego wszystkie inne istoty są świa­domie i celowo wykluczone.

Prawdziwa pustka przekracza wszystko, a jednak pozostaje we wszystkim. To bowiem, co wydaje się pustką, w tym przypadku jest czystym bytem. Tak przynajmniej mógłby opisać ją filozof. Jednak dla kontemplatyka jest czymś innym – ani jednym, ani drugim. Cokolwiek byś nie powiedział, pustka jest inna niż to, co powiedziałeś. Cechą pustki, przynajmniej dla chrześcijanina oddanego kontemplacji, jest czysta miłość i czysta wolność. Miłość wolna od wszystkiego, niczym nie zdeterminowana, nie skrępowana żadną szczególną więzią. To jest miłość dla samej miłości. To udział – poprzez Ducha Świętego – w nieskończonej miłosiernej miłości Boga. Dlatego gdy Jezus nakazał swoim uczniom miłość, kazał im otoczyć swoją miłością wszystkich, jak Ojciec, który zsyła deszcz zarówno na sprawiedliwych, jak i na niesprawiedliwych. Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski (Mt 5,48). Ta czystość, wolność i niezależność miłości jest samą istotą chrześcijaństwa. Do nich przede wszystkim dąży modlitwa kontemplacyjna.


Fragment książki Modlitwa kontemplacyjna


Thomas Merton OCSO (1915–1968), trapista z klasztoru w Gethsemani (USA, stan Kentucky) należy do najbardziej znanych mnichów XX w. W swoich książkach przybliża bogactwo duchowości chrześcijańskiej. Autor książek: Życie w milczeniuChleb na pustyniO świętym Bernardzie.


napisz komentarz
  • Czy Merton był mistrzem medytacji?
    Czy był umiejętny mistrzowsko, w naprawie swej natury?
    Czy znalazł i opisał najkrótszą drogę do harmonii, ( przez hamulcowych nazywaną Bogiem )?
    Nie
    Nie
    Nie.
    Pomimo to przetarł szlaki i pozostaje moim ulubieńcem.
    Merton miał karmiczną sytuację, ktorą rozpoznał i opisał jezykiem koscioła, ktorym jedynie sie posługiwał, jako” dar łaski  Bozej”. Jak go zwał, tak zwał, ale to prawda.
    Merton wielki samouk , zakwitł do słońca, pomimo oporu mazi, bagiennej, ktora go oblepiała.
    Nie posadzono go żyznej ziemi, ktora wspiera zamiast tłumić.
    Czuł, wiedział, że jest przeznaczony, by w kierunku słońca rosnać i kwitnac wydawać owoce.
    Stało się tak. Zakwitł i owocem była naprawa natury. Dalajlama ktorego odwiedził, zobaczył w nim po raz pierwszy, u katolika, istotę nauk Jezusowych. Powiedział, że się on Dalajlama mylił sadzac iż tylko Budda osiagnoł taki poziom wgladu. Po Mertonie zobaczył slady nauk Jezusowych i uznał je równie wielkimi.
    Merton całe zycie miotał się dla ustalenia drogi metod. Chciał ją sam odkryć, bo wtedy inaczej się nie dało. Na około egzaltacja Bogiem, lepka, ludzka, myślą przy ziemi petajaca. Nauczyciele błedów. Utytuowani. Loyola i cała resszta. Dał radę czerpiac soki jak roślina na lepkiej glinie posadzona z zyciodajnych pozostałosci . 
    Wyszukiwał je i z nich korzystał. W miarę wzrostu, wiedział co wybrać. Jan od krzyżą. Bełkotliwy i poprzekęcany, ale dalej żyzny prawdą.

    Merto nie zbudował drogi, ale ją przetarł. 
    Pokazał że droga jest i przejść się da nią, pomimo że na gestwe wyglada.
    Mertom sam nie może być nauczycielem. Jako samouk i katolicki pionier metod nie opracował. Rozkwitł ale wzorca nie wyznaczył.
    Nie zdążył , by mistrowie wschodu, wirtuozi tysiacletni z linią przekazu, oczyscili jego prawdę z lepkiego błedu
    Dziś czytajacy go, jego ksiażki, mogą jego bład brać za jego prawdę. Nieumiejetnemu, trudno to rozróznić.
    Dziś poszukiwacze, są w innej sytacji i powinni to dostrzec.
    Merton nie miał kogo spytać. Ba , nie miał co przeczytać , a jednak, dał radę.
    Wy macie madrość swiata, kazdy w swoim smartfonie. Madrosć absolutną w kieszeni nosicie. Wszystkie dzieła mistrów, z innych nastepczych mistrzów komentarzami. Wiecej , internet, rozmowy, podróże. Jest się kogo spytać. Porownać. Dojść do sedna. Ale , nie. Wy lubicie tą, przez ludzką konfabulacje kleistość wymyśloną .
    Czujecie się w niej mistrami, nie poznawszy istoty wyższego od tego stanu. Miesicie błoto swymi buciorami, nie widzac skowronka, ktory stoi na niebiosie.
    Z tej błotnej pozycji  czytajac Mertona zobaczycie, tylko swoje błoto, wymieszane z niiezrozumiałoscią.
    Czytać Mertona, by go doceniać, mozna tylko bedac wyzej nie nizej,  jego przemyśleń

Odpowiedz na „Izrael BlumensztajnCancel Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl