Tomasz Rowiński: „Jeśli mało chodzi o Polskę, a jeszcze mniej o chrześcijaństwo, to naprawdę realnym niebezpieczeństwem staje się liberalny autorytaryzm…”

Nowa anamneza na Nowe Milenium roku 2016 wydawała się konieczna z kilku powodów. Pierwszy był być może najbardziej bolesny dla nas wszystkich. Polskie państwo nie zostało w ostatnim ćwierćwieczu odzyskane ani dla ludzi, ani dla Boga. Bardziej przypomina ono pod tym względem ślepe ciało PRL i – podobnie jak ono – jest realną pokusą dla narodu, by wybrać drogę ślepoty. Państwo nie jest wyłącznie narzędziem. Ono formuje i kształtuje tych, którzy je zamieszkują. Preambuła do naszej konstytucji zaburzyła nasze widzenie i otworzyła drogę do laicyzacji życia publicznego. Laicyzacja oznacza w tym kontekście porzucenie własnej drogi myślenia i działania politycznego. Nieprawe, związane ideowo, ale i kapitałowo, z dawnym ustrojem media i środowiska przerzuciły jedynie więzy duchowe z komunizmu totalitarnego na neokomunizm demokratyczny, w którym pogrążyła się Europa ze swoimi ideologiami niereligijności czy redefinicji płciowości. Pozytywem hybrydowej preambuły („[…] wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł […]”) jest jednak możliwość realnego oparcia polityki chrześcijańskiej w naszym kraju o tekst ustawy zasadniczej. Skoro dzięki Małej Konstytucji udało się na wiosnę 1997 roku powstrzymać ustawowe rozszerzenie dopuszczalności mordu prenatalnego, tym bardziej obowiązująca dziś ustawa zasadnicza jest gwarantem prawa do życia jako fundamentu demokratycznego państwa prawa. Trzeba ten paradoks związany z konstytucją zauważyć w naszej niezbyt szczęśliwej sytuacji.

Drugi powód, dla którego ważna i potrzebna okazała się wspomniana wyżej anamneza, to trwające zderzenie Kościoła – a Polska jest jego częścią – ze światem liberalnym oraz jego sposobami myślenia i ambicjami określającymi, czym jest zarówno wolność, jak również religia. W świecie liberalnym jest ona tylko narzędziem, które ma demokratyzować i wzmacniać wartości proponowane lub akceptowane przez państwo. W innym przypadku zostaje odrzucona. To główny element porządkujący w zbiorze pod szyldem religia, gdzie bez rozeznania miesza się prawdę i zabobon. Liberalizm to, jeśli chodzi o jego istotę, duchowość, jeśli tylko zrozumiemy ją nie jako rodzaj wzniosłości wewnętrznej lub doświadczenia ograniczonego do religijności, ale jako formę życia, ciała i osoby. Jest to duchowość pożądająca władzy, także nad narodem. Liberalizm jest twardym reżimem na rzecz utrzymywania w słabości państw i narodów, których w świecie prawdziwej polityki nie uznaje się za partnerów.

Dramat patriotyzmu niereligijnego

Jest też trzeci powód, dla którego duszpasterstwo pamięci (rozumiane tak, jak sobie tę pamięć dotychczas opisaliśmy, czyli jako tradycję) było konieczne już przed rokiem 2016. To powód być może pod wieloma względami ważniejszy od pozostałych, także dzisiaj. Oglądamy coś, co można by określić kryzysem w obozie patriotycznym. Chodzi o obserwowalny rozpad związku pomiędzy patriotyzmem a katolickością i kształtowaniem się prawicy laickiej wokół takich świeckich mitów, jak tragedia smoleńska. Ruch ten z chwilą, kiedy porzuca społeczny katolicyzm jako źródło zasad, w praktyce staje się radykalną centroprawicą.

Ta zmiana nomenklatury wydaje się istotna. Należy bowiem unikać pewnego nominalizmu pojęć politycznych, w którym np. za partie konserwatywne czy prawicowe uważa się ugrupowania od dawna akceptujące zasady cywilizacji śmierci, ale za to np. pozostają one ideologicznie nieustępliwe wobec jakiejkolwiek formy pomocy uchodźcom spoza kręgu kultury europejskiej. W takiej dynamice określeń słowo „prawica” nie znaczy już nic z perspektywy zasad, poza relatywnym usadzeniem w parlamencie, lub służy jedynie stygmatyzacji, która dotyka niesłusznie także roztropnej polityki katolickiej. Kwestia uchodźców jest tutaj dobrym przykładem, szczególnie gdy stanowisko Kościoła możemy określić jako umiarkowane a w rzeczywistości trzeba je nazwać po prostu najbliższym rozsądkowi. Oczywiście sytuacja polskiej prawicy jest inna niż na zachodzie Europy. Tym bardziej jednak każde odstępstwo w sprawach najważniejszych, fundamentalnych – jak ujął to papież Benendykt XVI: w zakresie wartości nienegocjowalnych – dokonywane przez partie aspirujące do reprezentowania prawicy, powinno być podkreślane za pośrednictwem właściwego doboru określeń, jakimi je opisujemy. Tego typu logiką języka polityki posłużył się przed laty Marek Jurek, nazywając PiS radykalną centroprawicą. Postawę tej partii charakteryzował jako radykalną, ponieważ przeciwstawiała ona demokracji porządek lub wolę przywódcy, którego osobiste zalety z kolei stawiała w opozycji do legalizmu. Reprezentanci tej postawy są zainteresowani wzrostem siły państwa, ale nie w celu ochrony ładu moralnego czy dobra wspólnego, ale dla zaspokojenia roznieconych przez siebie społecznych oczekiwań. Jak pisze Jurek – niekiedy słusznych. Legitymizację swoich działań radykalizm czerpie nie z obrony zasad składających się na dobro wspólne, ale ze wspomnianych wyżej oczekiwań. Dlatego jeśli realizuje jakieś postulaty życia katolickiego, to tylko z koniunkturalnych względów. Radykalna, ponieważ opisuje politykę jako obszar nieustannej walki, ale jednocześnie za najważniejsze uważa nie te starcia, które rzeczywiście są dzisiaj najistotniejsze i dotyczą zmagania między cywilizacją chrześcijańską a dyktaturą relatywizmu. W tych sprawach stara się być jak „arbiter, na poły jednoczyciel «wierzących i niewierzących»”. „Jej wrogami są ci, którzy zagradzają jej drogę do władzy – czasami jest to przeciwnik najzupełniej realny – jak postkomunizm, czasami tylko koniunkturalny – jak Platforma Obywatelska, czasami mityczny – jak Układ”. W roku 2010 pisałem – wracając potem do tego wątku w innych komentarzach – o „utraconej metafizyce PiS-u”, za którego, jak by się zdawało, narodowo-patriotyczną polityką nie kryje się żaden trwały fundament poza dążeniem do władzy.

tomasz_rowinski_krolestwo_nie_z_tego_swiata_cytat

Przed kilku laty wydawało się, że prawica laicka ukształtuje się w środowiskach zbliżonych do liberalizmu. Znakiem tych dążeń był „Dziennik” pod kierownictwem Roberta Krasowskiego. Jednak projekt ten nie miał, mówiąc językiem czystej polityki, elektoratu, a więc w praktyce, w niezbyt długim okresie swojego istnienia, dryfował drogą od poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości (nie powinno wydawać się nam to zaskakujące) do poparcia dla Platformy Obywatelskiej. W tym ruchu objawiła się też słabość zespołu Krasowskiego, którego – to sąd subiektywny i a posteriori – idealną „prawicą laicką” byłaby jakaś partia liberalna w typie, którego w dalszym ciągu w Polsce nie ma. Tymczasem wyraźnie widać, że w środowiskach przywiązanych do polskości coraz silniej dostrzegany jest kryzys nie tylko wiary, ale i idący za nim kryzys zintegrowanej polskości. Pojęcie tego, co narodowe, kształtowane jest np. w oparciu o język niemieckiego romantyzmu, który silnie ciąży ku pogańskim koncepcjom życia narodowego, ku owym „tożsamościom”, których anachronizm jest dobrze widoczny. Choćby wtedy, gdy polskość dzisiejszą przeżywa się w kostiumie Polaków żyjących w czasach zaborów czy walk partyzanckich żołnierzy niezłomnych lub Polski sarmackiej.

Przykładem i symbolem tego pierwszego kostiumu pozostanie już na zawsze używanie Mickiewiczowskiego sformułowania o „dwóch Polskach” jako rzekomo najbardziej aktualnej diagnozy naszej sytuacji w wieku XXI. Bardziej jednak niż diagnoza jest to samospełniające się proroctwo. Niewiele potrzeba wyobraźni, by zrozumieć, jak dezintegrujące politycznie jest posługiwanie się takimi anachronizmami. Zresztą oglądamy to na co dzień, gdy suwerenność myli się ze stawianiem zawsze na swoim. Gdy celowo porzuca się pole bitwy pomiędzy „cywilizacją życia” a „cywilizacją śmierci”, siłą rzeczy oddaje się swoje siły w służbę tej drugiej, a zatem traci się też zdolność rozpoznania politycznej miary w tych obszarach, które uznaje się jeszcze za ważne. Chrześcijaństwo staje się w tak prowadzonej polityce rodzajem naśladowczego oręża, jedynie lustrzanym odbiciem antykatolickiej retoryki liberalnej, a także narzędziem do realizacji szczególnego partykularyzmu narodowego, opartego na specyficznie rozumianym pragmatyzmie, która potrzebuje wprawdzie swojej estetyki, najlepiej religijnej, ale wydrążonej z jej zasad.

Partykularyzm i pragmatyzm łączą się w sposób naturalny, jako efekt odrzucenia całościowego i bardziej uniwersalistycznego podejścia do spraw narodowych charakterystycznego dla Kościoła. Są odejściem od dobra wspólnego. Patronem intelektualnym, ale i symbolem takiej postawy na tzw. prawicy jest Jarosław Marek Rymkiewicz, wybitny współczesny polski pisarz, który sięga do przywołanego już schematu dwóch narodów, a także do niemieckiego romantyzmu i jego pogańskiego odchylenia. Uważniejszy czytelnik łatwo zauważy, że główna praca pisarza implicite skupia się na odczytywaniu historii Polski poza Kościołem, poza katolickością jako formą. Czy nie tego samego chciałaby lewica, której jednak brak, na szczęście, odwagi, by wyjść z naśladownictwa estetyki paryskich czy berlińskich mód intelektualnych? To zresztą też różni Rymkiewicza od naszych romantyków XIX w., którzy może mieli zbyt wiele „narodowej fantazji”, wzniosłości, patosu, tak że te namiętności wyciągały ich z czasem z ram Kościoła, ale wiedzieli jednocześnie, że to tradycja religijna jest prawdziwą, także polityczną, tradycją polską. Odwołanie do Mickiewicza będzie znamienne jeszcze z innego powodu. Chodzi mianowicie o jego poróżnienie się z założycielami zgromadzenia Zmartwychwstańców, którzy – jak pokazuje badaczka mistyki nadwiślańskiej, Natalia Stencel – są twórcami współczesnego języka polskiej katolickiej pobożności, ale także integralnie katolickiej teologii narodu, która nie wydaje się wcale anachroniczna, lecz raczej realistyczna także i dziś. W czasach, gdy państwo polskie istnieje, odwołania do ostrych rozbiorowych kategorii Adama Mickiewicza powinniśmy podejmować z dużą ostrożnością, a może nawet w ogóle zarzucić. Nie musimy, a nawet nie powinniśmy budować radykalnych granic wewnątrzpolskich w świecie idei, wtedy gdy istnieją łączące nas granice państwa. Tworzenie państwa narodowego to nie rozkosze konformizmu, ale nieustanna praca, polegająca na szukaniu tego, co dobre.

Dramat patriotyzmu niereligijnego może być zatem dla Polski równie niebezpieczny jak liberalizm. Nie należy się po nim spodziewać skłonności totalitarnych, jak chcieliby ci, którzy głoszą wszechobecny faszyzm. Chodzi raczej o widoczny, chociażby w twórczości Rymkiewicza, autyzm – zgodę na to, by płonął świat, byle własny ogród, jego gawrony i krety wiodły spokojny żywot, ponieważ są tymi prawdziwymi gawronami. To oznaczałoby, że o rzeczywistą Polskę chodzi znacznie mniej, niż wynika z deklaracji. Dla tej wygody i rozkoszy konformizmu można poświęcić wiele, liczne korzyści dobra wspólnego, ponieważ – bez rozpoznawania Boga – Polska może być czymkolwiek. Ostatecznie nie ma znaczenia, czym ona będzie, ponieważ nie jest jej dane żadne powołanie. Może być po prostu tym, co powie poeta i co będzie dla jego wyznawców przyjemne. Jeśli mało chodzi o Polskę, a jeszcze mniej o chrześcijaństwo, to naprawdę realnym niebezpieczeństwem staje się liberalny autorytaryzm, który jest praktyką polityczną PiS. Niezależnie od osobistych poglądów Jarosława Kaczyńskiego czy promowanych przez radykalną centroprawicę dóbr, razem z kolejnymi instytucjonalnymi rewolucjami (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądów, przejęcie mediów publicznych) wykuwa się system będący podstawą pod rzeczywistą rewolucję moralną, jaką w przyszłości za pomocą tych narzędzi przeprowadzi lewica, liberałowie lub po prostu następne pokolenia pozbawionych zasad liderów Prawa i Sprawiedliwości.

Zatem do odzyskania jest bardzo wiele, a nawet coraz więcej i ta praca pozostaje wyzwaniem dla Kościoła, ale i dla katolików, którzy się publicznie angażują. Nie mamy dziś ani Wojtyły, ani Wyszyńskiego. Jednak wciąż jeszcze jest ambona, istnieje możliwość zgłaszania obywatelskich projektów ustaw, które mogą nasz kraj (tę „szatę” naszego narodu) czynić bardziej chrześcijańskim, czyli po prostu bardziej ludzkim i sprawiedliwym, pomagającym prowadzić dobre życie. Realizacja programu duszpasterstwa pamięci musi się odbywać na różnych poziomach: kaznodziejstwa, wspomnianych inicjatyw ustawodawczych i uchwał parlamentarnych w obronie życia i suwerennej polityki, zmiany preambuły do konstytucji na wprost ukierunkowaną na prawdziwego Boga oraz większej sprawności i sprawiedliwości wielu innych organów państwa. Nie zapominajmy też o mecenacie sztuki, który praktycznie nie istnieje i o którego nieistnieniu praktycznie się nie pisze. Godnym uwagi wyjątkiem od tego milczenia był tekst Dariusza Karłowicza. Zacytuję tylko początek tego celnego i gorzkiego felietonu:

Jakiś czas temu pisałem tekst o zorganizowanych w Poznaniu obchodach 1050-lecia chrztu Polski (Biskupi wolą Broadway). Jak państwo pamiętają, centralnym wydarzeniem artystycznym oficjalnych uroczystości był  musical Jesus Christ Superstar.  Nic z tego, co wydarzyło się w polskiej kulturze przez ponad tysiąc lat, nie okazało się dość dobre, żeby uświetnić obchody. Trzeba było sięgnąć za ocean. Co było robić? Tylko Broadway! Czy była to kompromitująca wprawdzie, ale przypadkowa wpadka? Obawiam się, że nie. Wiele wskazuje na to, że ten wybór doskonale oddaje stan ducha kościelnych elit, które do sztuki (a może kultury w ogóle) odnoszą się z najwyższą obojętnością. Czasy kiedy polski Kościół skupiał wokół siebie najwybitniejszych twórców, minęły i, prawdę powiedziawszy, nie sądzę, by ktoś się tym szczególnie przejmował.


Fragment książki Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej, na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych


Tomasz Rowiński – historyk idei, publicysta, redaktor Christianitas. W przeszłości współpracował z pismem Res Publica Nowa, pracował w Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie i był sekretarzem redakcji kwartalnika Fronda. Autor książek z wywiadami popularyzujących zagadnienia wiary i teologii, m. in. Stworzenie czy ewolucja. Dylemat katolika (z Michałem Chaberkiem OP, 2013), Czy Pan Jezus mógł się przeziębić. Rozmowy o człowieczeństwie Boga (z Dariuszem Kowalczykiem SJ, 2015), a także redaktor wyboru publicystyki Spór o Rymkiewicza (2012). W serii Biblioteka Christianitas ukazała się publikacja Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwaMąż i ojciec.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl