Wygraj książkę „Oślica Balaama” z autografem Małgorzaty Borkowskiej OSB. Rozdajemy 10 egzemplarzy…

Podczas naszego pobytu w Opactwie Benedyktynek w Żarnowcu siostra Małgorzata Borkowska OSB podpisała 10 egzemplarzy Oślicy Balaama. Apel do duchownych panów. Chcemy naszym czytelnikom rozdać te publikacje w konkursie, który potrwa do 15 kwietnia 2018 r.

Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest napisanie poniżej komentarza z historią (wesołą czy też poważną), w której ukazany będzie problem polskich kazań czy też nadużyć liturgicznych (gesty, słowa, postawa). Spośród najciekawszych opowieści wybierzemy 10 osób, które otrzymają po egzemplarzu Oślicy Balaama. Ogłoszenie wyników będzie 20 kwietnia 2018 r.

oslica_balaama_konkurs_2

Przeczytaj:

napisz komentarz
  • Nadużycia, dziwne gesty, zmiany tekstów liturgicznych – można o tym rzeczywiście napisać książkę. Mocno w pamięć zapadły mi dwie historie. Pierwsza zdarzyła się w Warszawie, gdzie uczestniczyłem we Mszy odprawianej przez pewnego Jezuitę. Kapłan ten był wyjątkowo „natchniony” celebrował każde słowo, robiąc dziwaczne pauzy. Robił ukłony w momentach które tego nie wymagają. Jednak najbardziej osobliwe było przeistoczenie. Bez korporału, który najwyraźniej uznał za zbędny, podczas słów „łamał i rozdawał” ksiądz ten rzeczywiście nadłamał delikatnie hostię, a podczas podniesienia zaczął się obracać dokoła, tak samo uczynił z kielichem, kręcąc się wokół własnej osi.
    Druga sytuacja miała miejsce w małym miasteczku we francji, gdzie panują generalnie dość specyficzne zwyczaje. Korporał leży na ołtarzu ciągle, żeby nie tracić czasu podczas mszy, części stałe są często omawiane własnymi słowami, zamiast formuł mszalnych. Jednak apogeum było, kiedy ksiądz powiedział: dzisiaj nasz ministrant obchodzi swoje 15 urodziny, z tej okazji będzie rozdawać komunię. No cóż. Najwyraźniej rozdawanie komunii to jak z cukierkami, ktokolwiek może to robić, dlatego też z braku pewności przyjmuję komunię tylko od księży, bo nie wiem czy mam do czynienia z szafarzami. Z resztą kwestia przyjmowania komunii na rękę też jest dziwna, choć osobiście nie mam nic przeciwko, to jednak często we francji w tej właśnie parafii się zdarza, że ksiądz śledzi wiernego czy na pewno spożyje Ciało Pana Jezusa, czy nie schowa do kieszeni.
    Na zakończenie przypomniała mi sie historia spowiedzi w Amsterdamie, gdzie ksiądz nie umiał formuły rozgrzeszenia i zaczął się po prostu „jakośtam” modlić się własnymi słowami.

  • W czasie jednej z uroczystości paschalnych w mojej parafii ceremoniarz ustawiał przez mikrofon kolejność procesji rezurekcyjnej: „Najpierw krzyż, potem ministranci, a następnie CELEBRYCI…” Cały kościół huknął śmiechem i nic już nie dało poprawienie się ceremoniarza na „celebransi…”. Do dzisiaj w parafii wspomina się to przejęzyczenie z sentymentem. Nikt do ceremoniarza nie miał i nie ma żalu. Jako że „celebryccy celebransi” byli kapucynami – znieśli to dzielnie, godnie i pogodnie. Takie pomyłki, jakże zabawne, rzadko się zdarzają, ale jak już się zdarzą, to dają wiele radości, ale i do myślenia… I to na bardzo długo!

  • Opowiadał znajomy. Nabożeństwo czerwcowe, kilka osób w Kościele. Małżeństwo siedzi w ławce a chłopiec lat 3 chodzi i zwiedza. Raptem zauważa jakiegoś czarnego co siedzi cicho w konfesjonale; dziecko wycofuje się w popłochu. Po chwili wiedzione ciekawością świata wraca , zagląda, znów oddala się przestraszone. W końcu by oswoić sytuację podchodzi bliżej i na cały Kościół: Co tak siedzisz schowany? Zesrałeś się ?

  • Chcę poruszyć kwestię procesji Bożego Ciała- dokładnie ustawienia przed Najświętszym Sakramentem. Spotkałam się z przypadkiem , że ” prowadzący procesję ” ( jak sam o sobie mówi i potrafi podstępem walczyć o to ” prowadzenie” – ja uważam , że procesję prowadzi sam żywy Jezus Chrystus) świecki dyletant-laik nie ustawia przed kapłanem z Najświętszym Sakramentem niewinnych dzieci sypiących kwiatki przed Jezusem. Ustawia ” niewinne” mężatki, wdowy 60+ lub 70 + z feretronami , przed nimi dzieci komunijne i małe i sypią kwiaty pod nogi tym kobietom. Sam cały czas biega wkoło i przed krzyż i ustawia. a wg. mnie procesja ma być spontaniczną manifestacją naszej wiary i miłości do Jezusa. A taka procesja dla mnie jest żałosnym apelem.

  • W tej samej parafii co ta procesja był jubileusz 25 lecia poświęcenia kościoła parafialnego. Ludzie w procesji z darami przynieśli chleb z umieszczonym na nim napisem ” 25 lat Kościoła”.I ten dar z takim napisem został umieszczony przed ołtarzem . I tak opisywali wszędzie uroczystość – cytuję – ” jubileusz 25 lecia poświęcenia Parafialnego Kościoła”, a przecież Kościół przez duże K powstał setki lat temu i nie w tej miejscowości i nie jako Parafialny.

  • Przede wszystkim chciałabym serdecznie podziękować siostrze Małgorzacie za wspaniały pomysł na książkę. Jestem siostrą zakonną z 30-letnim stażem. Więcej lat poza Polską. Przepraszam więc z góry za mój język polski, niestety już nie ten z czasów studiów. Teraz to mieszanka włoskiego i portugalskiego.
    Pierwsze lata życia zakonnego spędziłam w Polsce, i pamiętam moją pierwszą spowiedź jako siostry po ślubach. Tragedia. Pojechałam do pewnego Sanktuarium i tam jako młoda profeska, pobożna, tydzień po ślubach, postanowiłam pójść do spowiedzi. Konfesjonał tradycyjny, plastikowa zasłonka chroniąca spowiednika przed opluciem ze strony penitenta albo brzydkim zapachem (bo nie wiem do czego innego mogła służyć)…….. oprócz……No właśnie i w jak się później okazało tkwił mój problem. Bo to był coś co miało zagłuszać.
    Kapłan patrzył na wprost, ja z boku. Zaczynam. Powiedziałam co miałam do powiedzenia. Teraz on, nie zmieniając pozycji, coś szepcze, a ja mogę usłyszeć.
    Proszę czy mógłby powtórzyć, bo nie usłyszałam. W odpowiedzi pada oschłe – „Jak jest głucha na jedno ucho to niech się drugim nastawi!!”
    Powrócił do wcześniej zajmowanej pozycji, a ja nastawiłam się drugim uchem, co więcej odsłoniłam trochę welon. Cud nie nastąpił, nie usłyszałam.
    Gdyby się odwrócił w moją stronę miałabym szansę czytać z ust.
    Do tej pory unikam konfesjonałów z plastikowymi zaporami. Do spowiedzi mnie nie zniechęcił, bo musiałby się o wiele bardziej starać, zresztą to tylko człowiek. Ale takie „przygody” mogą kogoś zranić.

    Jeżeli chodzi o kazania to zawsze mnie dziwiło dlaczego w Polsce księża tak mało mówią o Słowie Bożym. W krajach, w których byłam księża mogli mówić kiepskie kazania, ale trzymali się czytań.
    Od wielu lat przyjmuję Komunię św. na rękę, w Polsce wielokrotnie byłam szkalowana. Nie mogłam uwierzyć, że można kogoś traktować w ten sposób. Takich mamy też księży, którzy zbudowali sobie swoje własne królestwo z tego świata, pod przykrywka fałszywej pobożności w stylu Lefebryzmu.

    Ten akcent trochę pesymistyczny sam się jakoś wkradł. Może być wycięty, jeżeli nie pasuje do całości. Zresztą ciąć co trzeba…. Pozdrawiam

  • Od dłuższego czasu narzekam na poziom kazań, a dokładnie od czasu gdy studiuję teologię. Wskazuję na elementy, które są niezgodne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, co jest odbierane z różnym skutkiem. Mój ksiądz proboszcz, który zawsze chętnie słucha tychże uwag podzielił się przypadkiem swego znajomego, by ukazać, iż nie jest tak źle: „Był całkowicie nieprzygotowany na kazanie, nawet nie wiedział jak brzmi Ewangelia. Więc zestresowany powiedział na kazaniu: „Ludzie często pytają się mnie ile lat żył Pan Jezus! Rok, dwa, trzy? Nie! Cztery, pięć, sześć? Tym mówię, iż nawet nie siedem, osiem, dziewięć. Niektórzy heretycy mówili, iż dziesięć jedenaście, dwanaście! …(w podobnym stylu)… Trzydzieści dwa? Otóż nie, trzydzieści trzy lata żył nasz Pan, co daj nam Boże, amen.””
    I teraz za każdym razem się pocieszam, iż nie jest jeszcze tak źle… :/

  • Juz od bardzo dawna mieszkam w Hiszpani,dokladnie 44 lata.Co roku jednak bywam w Polsce.Co niedziele chodzimy z mezem Hiszpanem do kosciola,Slucham kazan.Dla mojego meza to chinszczyzna gdyz polekiego nie zna.Kazania bywaja najrozmaitsze takie jak sa ludzie.To prawda,ze kaznodzieja powinien kazanie przygotowac,wierzyc w to co mówi,opierac swoje wypowiedzi o to co bylo lasnie w Ewangeli.Niestety nie zawsze tak jest,ale co w zyciu jest takie jak powinno byc?Bywaja jednak i dobre rozumne kazania i to nie prawda,ze w Polsce zawsze sa kiepskie natomiast ksieza za granica” potrafia sie modlic,potrafia mówic i przekonywac”.
    Przed Hiszpania mieszkalam w Paryzu,studjujac i pracujac au pair.W tamtych czasach to bylo najczestsze zajecie dla dziewczat chcacych studiowac za granica.byl tam ksiadz polski Benedyktyn do,którego chodzilo sie na msze.Pamietam jego wspaniale kazania.W jednym z kazan pamietam jak powiedzial,”wierzacy komunista jest blizszy Bogu niz chlodny i nijaki katolik”.Mial na mysli kmuniste wierzacego w swa idee.Innym razem pamietam jak powiedzial:”skonczcie plotkowac bo tym mozecie wyrzadzic krzywde.”Jaka wspaniala mysl,a taka prosta.
    Jezeli chodzi o przyjmowanie Komuni Sw. do reki ngdy tego nie robie.Dleczego?Gdy bylam w Paryzu zajmujac sie dziecmi w bardzo bogatej rodzinie,poszlam z nimi do kosciola.Poniewaz bylo duzo czasu
    matka uznala aby chlopcy jeszcze sie pobawili na skwerku kolo kosciola.Jeden z chlopców wzial wrotka.
    Bardzo pieknie pojezdzil,a potem przypial je do paska i przez cala msze wrotka nie dawaly mu spokoju.Kracil nimi,obracal ,nie wiedzial czy moze je odpiac.Tymi brudnymi lapami wzial od ksiedza komunie sw.To mnie zraxcilo do przyjmowania komuni sw.do rak.Ja tez moge miec rece niezbyt czyste.A cozrobil chlopiec na koniec ?Przypial wrotki i rozgarniajc tlum wyjechal z kosciola.
    O jednej zawsze rzeczy mysle gdy kktos mówi,ze nie wierzy w kosciól i nie wierzy w ksiezy.Przeciez wierzy sie w Boga.

  • „Oślica Baalama” rozbawiła mnie do łez! I choć temat (w odniesieniu do codzienności) niezbyt śmieszny, dobrze jest podejść do niego właśnie w taki niemalże mistrzowsko kabaretowy sposób. Nic ująć, wręcz dodać…:)

    Gratuluję!
    A w myślach kolejne rozdziały
    dopisuję.
    O tym na przykład, jak razu pewnego
    pojechałam na narty do Zakopanego.
    Pewnien Ksiądz z zażenowaniem
    zapytał, jak to jest z tym „rozbieraniem”?
    Czy zakonnica „do nart rozebrać się może?” (O litościwy Boże!)
    Śmiech stłumiłam, plecak zdjęłam,
    nawet narty osłupiały,
    „drogi Księże”, rzekłam szczerze,
    habit mój, tak pełen chwały
    zawiśnie w szafie,
    a na krótką porę
    przebiorę się Ojcze,
    a nie
    rozbiorę.
    🙂

  • Jest jeszcze inna opowieść,
    z serii ‚dziwnie religijnych’…
    O skromnej prośbie Księdza
    do dzieci pierwszokomunijnych:
    -Nie chce kwiatków, nie chce zieleniny
    więdną, śmierdzą, nie pojmuję!
    W tym sezonie kosiarkę
    bardziej potrzebuję.
    – Po co ta kosiarka, Tato? (słychać w drugim rzędzie)
    – Żeby kwiatki skosić, tu i tam i wszędzie
    – Ale Pan Bóg kwiatki stworzył – maluch prawie krzyczy…
    – Tak, Aniołku, wiem, ale Ksiądz sobie nie życzy…

  • Spotkałem się (nie tak dawno) z dosyć zabawną historią, przynajmniej moim zdaniem. Ksiądz pieszo podekscytowany głosił kazanie, w jego głosi wyraźnie było słychać zapał i oddanie się każdemu słowu by trafiało jak najlepiej do każdego człowieka. W bardzo wielkim skrócie i uproszczeniu ksiądz opowiadam o dbaniu o polską kulturę. Namawiał rodziców by nie wysyłali dzieci na kolonie i obozy, które odbywają się za granicą. Przecież Polska jest tak pięknym krajem… Ksiądz podekscytowany mówił przez ok. 20 min o rozwijaniu polskiej kultury poprzez spędzanie czasu właśnie w granicach Polski. Tym czasem na ogłoszeniach parafialnych „Ci, którzy jadą ze mną na pielgrzymkę do Jerozolimy do końca tygodnia jeszcze 50 zł”. Jednak ja potraktowałem to z dystansem. Mam szczerą nadzieję, że księdzu chodziło o wyjeżdżanie na urlop do miejsc „nieświętych” z nadzieję, że tam będzie ładniej niz w Polsce.

  • A jednak można inaczej!
    Dziękuję Siostrze Małgorzacie za jej odwagę odsłaniania bolączek naszych księży. Całkowicie się zgadzam, że wielu z nich nie jest osobami przenikniętymi modlitwą… To przecież widać… To doświadczanie ich lekceważącego podejścia do liturgii było jedną z przyczyn moich trudności w wierze.
    I pewnego dnia przeżyłam niesamowite zaskoczenie. Uczestniczyłam we Mszy Św. sprawowanej przez ojców karmelitów bosych. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak bardzo modlitewnego podejścia kapłanów do liturgii. Czyli jednak można inaczej! Staranność, brak pośpiechu, skupienie, cisza oraz kazanie powiedziane od siebie, będące prawdziwym głoszeniem Słowa Bożego. Komunia pod postacią Chleba i Wina. Prawdziwa Eucharystia, pełne karmienie się Słowem i Ciałem. Dziękuję Bogu, że pozwolił mi doświadczyć takiego udziału we Mszy Świętej, że rozwiał moje wątpliwości – czy ta wielokrotnie byle jak sprawowana liturgia jest na pewno tym, co nam Jezus zostawił, czy ten często pogubiony kościół jest Jego dziedzictwem. A zatem to, co mówi Siostra Małgorzata jest kluczem – MODLITWA! I wtedy jest naprawdę inaczej 🙂

  • Klasztor ojców franciszkanów, parafia pod wezwaniem Trójcy Przenajświętszej – Podkarpacie (Jaroslaw)… Mamy tu ojca Sylwestra….od kilku lat, który kiedy wychodzi wygłosić kazanie zawsze czymś zaskakuje….często poczuciem humoru, dystansem do siebie, a przy tym treściwym i zapadającym w pamięć przekazem wartości, wiary i sensu życia…. Jedno z kazań, które być może wielu parafianom wydało się kontrowersyjne, zapadło mi w pamiec….a przede wszystkim odwaga, jaka wykazał się zakonnik…odprawiał mszę świętą i kiedy przyszedł czas wygłoszenia słowa do wiernych i wszyscy usiedli…on zadał pytanie: „Kochacie Pana Boga?”… W kościele panowała cisza i prawdopodobnie konsternacja… kilka osób cichym głosem odpowiedziało: „tak” – wśród nich – ja. Na co zakonnik powtórzył bardziej donośnym głosem swoje pytanie: „No kochacie Pana Boga, czy nie?”….rozległą się chóralna i głośna odpowiedź, że tak….choć na pewno wszyscy się nie odezwali, na co zakonnik odpowiedział: ” To wyznajecie w Niego wiarę”….jakby oczekiwał, że to wyznanie będzie głośne, donośne, radosne….to najkrótsze kazanie, jakie usłyszałam w swoim 36 letnim życiu….wywołało uśmiech na mojej twarzy, ale zaraz po nim refleksje….takie krótkie pytania…..specyficzny sposób odpowiedzi przez wiernych, ile rozmyślań później…czy kochamy, jak kochamy, jak wyznajemy w Niego wiarę, itd…zawsze mnie cieszy, kiedy widzę, że ojciec Sylwester wychodzi głosić kazanie, bo wiem, że będzie niebanalne, a przy tym skupiające swą treść na Najważniejszym.
    Kasia K

  • Uczestniczyłam ostatnio w pięknej liturgii – mszy sprawowanej w rycie trydenckim, w czasie której wykonywane było Requiem Mozarta. Prawdziwa uczta duchowa. Przyszło sporo osób, nastawionych na doznanie wrażeń muzycznych i modlitwę. Ludzie przyszli z nastawieniem na SŁUCHANIE, choć wszystko po łacinie. No i nadszedł jedyny moment, kiedy można było dobrze rozumieć, czyli kazanie. Kaznodzieja ma przed sobą kościół pełen wiernych, którzy chcą SŁUCHAĆ. Wyjątkowa okazja i klimat. A tu grzmi ksiądz „Bóg albo nicość!” Oczywiście, to prawda, ostatecznie byliśmy w aurze Mszy żałobnej. A tu polityka! Czyli nicość jeśli wybierasz niewłaściwą stronę partyjną. W moim odczuciu to było bardzo niestosowne. Kazanie zupełnie zburzyło klimat SŁUCHANIA i otwartości. Szkoda, że ksiądz nie wykorzystał tego momentu, w którym miał przed sobą nie przypadkowych ludzi, ale takich o nieco większej wrażliwości. I gotowych do SŁUCHANIA.

  • Nasz Ksiądz Proboszcz ma zwyczaj mówienia częstych kazań o czystości przedmałżeńskiej i wskazywaniu zaniedbań w tej dziedzinie ( to jest jego wiodący temat – ma 65 lat)
    Pewnego razu podczas kazania wspominał swoje lata wikariatu i uczenia 15-latków. W pewnym momencie podczas kazania opowiadając o spotkaniu po latach z dorosłymi już 45+ byłymi swoimi uczniami jakby mimochodem wtrącił ,że ( cytuję) ” powiedziałem na forum jednej -15 lat miałaś , to już wszyscy wiedzieli kim jesteś, że jesteś…” Wywołało to konsternację . U mnie osoby związanej z Kościołem poprzez pracę w innej parafii pewien niesmak , dyskomfort i zaskoczenie. Bo taka postawa obrażająca nie pasuje uczniowi Chrystusa , a tu mówi się o Księdzu i proboszczu. A gdzie napomnienie w cztery oczy?

  • Przychodzi mi na mysl historia mojego kazania slubnego. Ojciec duchowny, znany i bardzo popularny kaznodzieja, zapytal sie nas grzecznie czy mamy jakis fragment Ewangelii do ktorego chcielibysmy sie odniesc w trakcie slubu. Tak, powiedzielismy, chcielibysmy sie odniesc do Ewangelii ktora przypada w dniu, w ktorym bierzemy slub. Kaznodzieja uznal to zapewne za pojscie na latwizne, i opowiedzial kazanie piekne, acz standardowe: o weselu w Kanie. Nasza odpowiedz nie byla jednak nieprzemyslana. Fakt, ze tego dnia Ewangelia mowila o rozeslaniu Apostolow, traktowalismy bardzo powaznie: wydawalo sie nam ze w dzisiejszych czasach chrzescijanskie rodziny sa coraz bardziej swiadectwem dla swiata, zarowno w kraju jak i za granica, gdzie coraz mniej jest malzenstw zawieranych ‚na zawsze’. Tym razej jednak pasterze nie poszedl za owcami. Poszedl jednak za nimi nieco pozniej, rezygnujac kilka lat potem z zycia zakonnego i wybierajac swiadczenie wiara w zwiazku malzenskim….

  • Kiedyś nasz proboszcz na mszy świętej niedzielnej o godz. 6 rano bardzo krytykował obecnych parafian.
    Stwierdził, że nie traktują poważnie nabożeństwa; że przychodzą wcześnie tylko dlatego, żeby mszę świętą odfajkować i mieć to z głowy.
    Inni księża mieli swoje zdanie na ten temat. Usłyszałem pochwałę – … jesteście jak te siostry jerozolimskie, które wczesnym rankiem spieszyły się pokłonić ciału Jezusa w grobie.
    Znam też opinie innego księdza – … dobrze świadczy o Was, że rozpoczynacie dzień od spotkania z Bogiem w mszy świętej. Cytaty są niedokładne, ale oddają sens wypowiedzi.

  • Wychowany byłem w wiejskiej parafii gdzie proboszcz, jakiego pamiętam od zawsze, to był człowiek, który mówił tak by ludzie go rozumieli…zwykłym wiejskim językiem. Po latach przyszedł czas na zmianę proboszcza i stało się…przyszedł nowy…inny, uczony…kazania prawił jak najstarsi profesorowie jakich na studiach poznałem…monotonia przez 15 min. Zero skoku modulacji głosu….zero budowy napięcia…. no i treść…jak do środowiska akademickiego…, nawet ja musiałem ze słownikiem się przeprosić by go zrozumieć a myślałem że oczytany jestem…Moim gwoździem do trumny w tej parafii było zwolnienie śpiewów… marsze pogrzebowe były szybsze od kolend….to było za dużo. Nie wiem, może im wolniej śpiewa lud w kościele tym szybciej kościół tytuł co najmniej Bazyliki dostanie….

  • Pewnego razu w małej miejscowości, w której mieszkałam odbył się charytatywny koncert na rzecz chłopca z ciężką i nieuleczalną wadą serca. Czasu było niewiele, dlatego robiono wszystko, aby jak najszybciej zebrać fundusze potrzebne na sfinansowanie operacji. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że koncert odbył się w czasie trwania Wielkiego Postu, co bardzo nie spodobało się miejscowemu wikariuszowi.
    Podczas niedzielnego kazania ksiądz stanął przed ołtarzem i zaczął zrzucać z siebie szaty wykrzykując: „Po co to wszystko?”. Następnie rozrzucił wokół siebie popiół. Księdza tak zbulwersował koncert charytatywny oraz udział w nim parafian, że postanowił dać wyraz swoim uczuciom.
    Warto dodać, że parafianie nie byli przyzwyczajeni do takich zachowań. Ksiądz proboszcz, który na stałe urzęduje w parafii jest podporą każdego mieszkańca. Nigdy nie odmawia w potrzebie. Głosi krótkie, zwięzłe i interesujące kazania.

  • Dziękuję za uroczą książkę siostry Małgorzaty. Poruszyła wiele strun w moim własnym sercu. Między innymi i tę dotyczącą homilii… Jakże bardzo pragnęłabym, aby w kazaniach księża więcej mówili o Panu Bogu! O Jego miłości do nas, o życiu i działaniu Jezusa, po prostu aby głosili Jego Ewangelię! Dobrą Nowinę! Tego dobra, wciąż na nowo uświadamiania sobie jak wielką miłością On nas kocha, tak bardzo nam potrzeba na co dzień… I są takie miejsca, gdzie zawsze mówi się o Bogu komentując czytania z dnia, wyjaśniając i przybliżając je wiernym. Niestety zdarzają się też kazania, w których na parafian się przede wszystkim grzmi, pokrzykuje, rozwija wachlarz możliwych niegodziwości (o których istnieniu niekiedy owieczki dowiadują się właśnie z ambony), a później – już w mniejszym gronie, np. do grupy parafialnej – z niesmakiem komentuje się, że wierni są tacy smutni nawet w okresie wielkanocnym, że nic a nic nie cieszą się z cudu Zmartwychwstania….
    Ostatnio zbulwersowało mnie rekolekcyjne kazanie, w którym postawny kaznodzieja krzyczał z ambony na „głupich rodziców”, którzy nadają dziwne imiona swoim dzieciom, i w związku z tym na pewno ich nie kochają! W obrazowym przykładzie opowiedział historię bardzo poważnej pani profesor, przy tym „małej i grubej”, której podli rodzice dali na chrzcie imię Maja. Ksiądz ujawnił (cały czas podniesionym głosem), że osoba ta nienawidzi swoich rodziców! Gdyż imię to zostało zapewne zainspirowane bajkową postacią pszczółki (w domyśle małą i grubą oczywiście). Obok siedziała moja córka – Maja Maria. Nigdy, ani ona, ani ja, nie pomyślałybyśmy, że imię to nie jest zdrobnieniem od imienia Matki Boga, ale od pszczoły!
    Co do dziwnych i niestosownych gestów na liturgii, to nie mogę jakoś zaakceptować coraz częściej pojawiających się braw, którymi nowo przybyły do naszej parafii ksiądz, pragnie okazać wdzięczność rozmaitym osobom – a to rekolekcjoniście, a to scholii, a to parafianom. Zdarzyło mu się nawet na mszy św. w uroczystość Najświętszej Maryi Panny powiedzieć na koniec: „To co, chyba należą się brawa Maryi?” i dla zachęty zaczął intensywnie klaskać….:)

  • W mojej parafii pewien ksiądz miał cykl kazań adwentowych, które bardzo spodobały się niektórym parafiankom. Przychodzą więc do zakrystii po Mszy świętej i pytają, czy ksiądz mógłby im powiedzieć, skąd wziął takie piękne homilie, czy może udostępnić chociaż notatki, bo chciałyby jeszcze raz to wszystko przemyśleć. Ksiądz – mijając się z prawdą – odparł z namaszczeniem: „Ależ to z głowy wszystko, natchnienie Ducha Świętego… niestety żadnych notatek nie mam…” Kościelnego jednak coś tknęło: wpisał wybrane frazy w wyszukiwarkę, znalazł te homilie na jakiejś stronie internetowej i wydrukował. Kiedy kilka dni później inne panie przyszły chwalić kazanie, a ksiądz znowu tłumaczył, że „to z natchnienia Ducha tak mówi”, podszedł i wręczył paniom plik kartek ze słowami: „Proszę bardzo, tu paniom wszystko od początku wydrukowałem, źródło podane na końcu”. Kurtyna.
    PS. Niedługo później kościelny pożegnał się z tą parafią.

  • To była jedna z niewielu niedzielnych Eucharystii w mojej parafii, podczas której miałam niepohamowaną wręcz ochotę, żeby wymownie westchnąć (jak to kobiety tylko potrafią), gdy wyczułam, jak z każdym kolejnym zdaniem niedzielnego kazania ambona zamieniała się w szklany ekran służący do wygłoszenia wiadomości „z kraju i ze świata”.

    Nie piszę tego z dziką satysfakcją przyłapania księdza na tym, że się nie przygotował. Gdyby tylko mógł, zgłosiłby zapewne nieprzygotowanie, ale – jak na odważnego ucznia przystało – wygłosił wielką improwizację, która była sklejką z tego, co niedawno wpadło mu w ręce i na czym zawiesił oko. Jak na szczególnie wybranego ucznia Chrystusa, niewiele powiedział o samym Chrystusie. Dlatego efekt końcowy bardzo mnie zasmucił. Jako że cechuję się wrażliwością na słowa padające z ambony, z zaciśniętymi wargami przestałam około piętnastu minut, zapisując w mojej pamięci rzeczy tak istotne dla niedzielnej uczty duchowej, jak chociażby wprowadzenie nakazu noszenia odblasków po zmroku.

    Drodzy kapłani, dom, w którym żyje Chrystus, niech nie będzie miejscem, w którym kapłan odbiera chleb dziennikarzom. Zarządzany przez Was kościół to jedyne miejsce, do którego idę z pragnieniem przybliżenia się do Chrystusa, a nie do najświeższych informacji. Apeluję więc, zawsze gdy z różnych względów nie uda się Wam przygotować do homilii, proszę byście w centrum swojej improwizacji stawiali Chrystusa.

  • Jako osoba będąca w służbie ołtarza ciągle spotykam się z licznymi nadużyciami czy też śmiesznymi sytuacjami podczas liturgii. Chciałbym podzielić się z gorącym wspomnieniem z wczorajszej (tzn. z Poniedziałku w Oktawie Wielkiej Nocy) Mszy Św. Ponieważ ks. wikariusz z naszej parafii jest kapłanem, który stara się bardzo przestrzegać przepisów liturgicznych odnoszących się do Mszy Św. w zakrystii zapowiedział, że dziś (zgodnie z przepisami) nie będziemy odmawiać Credo. Ponieważ w zakrystii był ksiądz proboszcz prawdopodobnie nie spodobała mu się ta decyzja. Dlatego też uznał, że ponieważ dziś jest tak ważne święto (Poniedziałek w Oktawie Wielkiej Nocy) to należy odmówić dziś Credo. I niestety ks. wikariusz musiał ulec wskazówkom ks. Proboszcza. W Niedzielę Wielkanocną zaś byłem słuchaczem kazania rezurekcyjnego Biskupa Seniora nasze diecezji. Trwało ono 16 minut. Sądzę, że wiekszość zaspanych wiernych obecnych w naszej Bazylice Katedralnej wyłączyła swoją uwagę (w tym ja) na słuchane kazanie już po pierwszych pięciu minutach wypowiedzi ks. Biskupa Seniora.

  • „To nie jest zgodne z przepisami liturgicznymi”, „Robią z kościoła cyrk”, „Msza to nie teatr” – często można usłyszeć takie wypowiedzi. Przyznam, że sam wygłaszałem podobne opinie. Teraz staram się bardziej skupić na Mszy Świętej niż doszukiwać się błędów w sprawowaniu Eucharystii.
    Brałem kiedyś udział we Mszy Świętej na Lednicy seniora, gdzie śp. ojciec Jan Góra w modlitwie powszechnej modlił się „byśmy byli ogoleni i pachnący”. Pamiętam moje oburzenie, ale dziś z perspektywy czasu staram się od razu wszystkiego nie oceniać negatywnie i znajac śp. ojca Jana sądzę, że jego intencje były dobre. Byłem również wielokrotnie świadkiem Mszy z udziałem dzieci gdzie proboszcz udzielał im glosu na modlitwie powszechnej. „Proszę o dużo prezentów”, „Aby siostra mnie nie biła”, żeby ulubiona dróżyna piłkarska wygrała mecz i wiele podobnych próśb często przetaczają się podczas modlitwy. Jednak należy zaznaczyć, że jest to zdecydowana mniejszość a dzieci potrafią też być refleksyjne i modlić sie do Boga z głębi serca. Podczas śpiewania „Chwała na wysokości Bogu” ksiądz daje dzieciom małe dzwoneczki i prosi o dzwonienie na nich. Cały kościół aż huczy, ale frekfencja na takich Mszach jest większa niż w kilku kościołach na raz. Nie wiem ile osób to prawdziwie przyciąga do Kościoła a ilu tylko do świątyni i pokazuje jak w kościele jest fajnie i wesoło, ale na pewno takie działania nie są złe.
    Osobiście wolę jeśli celebrans robi wszystko zgodnie z przepisami, jeśli Msza nie ma 3 kazań (na wstepie, właściwego i długich ogłoszeń), ale staram się przede wszystkim zwracać uwage na moją relacje z Bogiem w czasie Mszy. Kardynał Robert Sarah powiedział, że „Bóg jest Bogiem ciszy” i całkowicie się z tym zgadzam, ale często na Mszach księża komentują, mówią co teraz się dzieje. Dlatego myślę, że nadużycia były, są i będą ale ważne jest aby to nie przysłaniało nam istoty Eucharystii.

  • Najbardziej drażni mnie w Polsce nadużywanie ambony do politykowania. Nie w takim sensie, jakoby księża mądrze przypominali o twórczym zaangażowaniu chrześcijan w życie społeczne i polityczne, bo o tym tak naprawdę mówi się niewiele, a jeśli już to na ogół przed wyborami. Chodzi raczej o polityczne agitacje, które księża uprawiają, jakby byli lokalnymi sołtysami lub przedstawicielami partii politycznych na swoim terenie.Nieraz zdarza się, że na kazaniu dowiaduję się o czymś, czego trudno doszukać się w nauczaniu Kościoła. Na przykład, razu pewnego słyszałam, jak to wielkopostny rekolekcjonista grzmiał przez kilkanaście minut, przekonując, że każdy grzech przeciwko szóstemu przykazaniu (a zwłaszcza masturbacja) jest ciężki. Może to odosobniony przypadek, a może i nie.

    Według mnie Kazania mają być przede wszystkim motywacją.Dziś podczas kazania nie ma miejsca na krasomówstwo, bo to sztuczne. Naturalny język najlepiej się sprawdza. Tak jak mawiał św. Augustyn: Karmię was tym, czym żyję – ocenia homiletyk. I nieważne, czy będzie mówił krócej czy dłużej. – Najważniejsze, żeby mówił interesująco. Żeby, gdy schodzi z ambony, pozostawiał niedosyt.

  • Dwie sytuacje związane z kazaniem. Pierwsza w czasie Mszy Świętej Wielkanocnej. Pełna pozytywnego nastawienia oczekiwałam kazania, które wzbogaciłoby mnie duchowo. Podstawy ku temu były nieliche, ponieważ ksiądz potrafił powiedzieć tak, że warto było słuchać. Niestety, ze wstydem przyznaję, że nie wiem, o czym było kazanie. Dlaczego? Bo ksiądz je zaczął i, zanim dotarły do mnie pierwsze zdania, skończył. Byłam tak zaskoczona (nie tylko ja), że z wrażenia zapomniałam, co powiedział. Kazanie trwało minutę. Druga sytuacja. Z innym już księdzem. Jego kazania były pełne nawiązań do literatury i historii. Próbowałam śledzić ich tok i czasami docierało, że „kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem” to „bagnet na broń”. Ale daremne nadążanie za księdzem. Po chwili gubiłam się w logice wypowiedzi, choć próbowałam coś zrozumieć. Jednak ,mimo iż pamiętam, że Czerwony Kapturek nosił wiadomości powstańcom w koszyczku, to do tej pory nie wiem, co robił w kanałach Lisek Chytrusek.

  • W niektórych kościołach są msze przeznaczone specjalnie dla dzieci. Wtedy najczęściej ksiądz „dialoguje” z najmłodszymi, zamiast głosić im kazanie. Ale tu trzeba wykazać się szczególną ostrożnością i mieć dar zapobiegania zbyt szczerym wypowiedziom dzieci. I tak ksiądz opowiadał o uczuciach: >Najpierw spotykacie się w przedszkolu, tam jesteście koleżankami, kolegami. Potem w szkole przyjaźnicie się coraz bardziej, a na studiach bierzecie ślub i… co jest później, kto mi powie, co po ślubie?Rozcarowanie…<". Powagi już w kościele nie było. Autentyk.

  • Pochodzę z małej wioski na Podlasiu. W mojej rodzinnej parafii pracował ksiądz który podczas swojej posługi docierał i do serc i do umysłów swoich parafian.
    Jako postulantka przyjechałam do mojego rodzinnego domu na pierwsze wakacje. Poszłam do Kościoła. Podczas Mszy Świętej mój proboszcz czyta ewangelię mówiącej o tym jak Piotr pyta się Jezusa: oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Co otrzymamy? Jezus odpowiedział: kto opuści…stokroć tyle otrzyma. Tu proboszcz się zatrzymał i rzekł: Gosia słyszałaś to? po czym dalej kontynuował czytanie. I ja pełna jeszcze wahań postanowiłam iść dalej drogą powołania zachowując w pamięci tę ewangelię która tego dnia była jakby czytana tylko dla mnie.

  • Kościół Ojców Dominikanów w Poznaniu. Miejsce, o którym z sympatią pisała w swoich powieściach Małgorzata Musierowicz. Miejsce, do którego jak magnes przyciągał śp. o. Jan Góra. Generalnie przychodzili tu i nadal przychodzą ludzie oczekujący od Kościoła nowoczesnego podejścia, większego luzu i tzw. atmosfery. Mnie praktyki ojców dominikanów nigdy nie przekonywały. Wolałam, kiedy msze święte i nabożeństwa były odprawiane „po Bożemu”, bez zbytnich unowocześnień i udziwnień oraz nieznośnej otoczki marketingowej itd.
    W osłupienie wprawiło mnie kazanie wygłoszone 8 grudnia 2014 roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Tego dnia nie mogłam uczestniczyć we mszy św. w mojej parafii, dlatego poszłam na mszę o g. 16 do dominikanów. I zapamiętam ją do końca życia z powodu kazania wygłoszonego przez dość młodego ojca. A zaczynało się tak:
    „Wy nie wiecie, oczywiście, ale dzisiaj Kościół obchodzi wyjątkowe święto. Święto, o którym się głośno nie mówi. Święto dyskretne, ale bardzo radosne. Święto błogosławionego seksu małżeńskiego”. Siedziałam i nie dowierzałam. Przez wiele lat 8 grudnia chodziłam do mojego kościoła parafialnego, gdyż tego dni przypadał odpust. Zawsze była to uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i jedynie taką nazwę święta znałam. Młody dominikanin modulował głos (przypominający namiętne szepty małżonka w alkowie) i kilka razy powtórzył, że należy się radować, ponieważ dzisiaj jest dyskretne święto „błogosławionego seksu małżeńskiego”. Ojciec skupił się samym poczęciu, przyjemności cielesnej, która je poprzedza, i tych „wszystkich nieziemskich rozkoszach”.
    Ludzie w kościele spoglądali na siebie, widać, że nie za bardzo przemawiała do nich taka wykładnia święta. A gdzie dogmat? Dogmat, z którym wielu wierzących ma problem? Dogmatu nie ma?
    Treść to jedna sprawa. Jeszcze gorzej było z formą. Ojciec bardzo „się wczuwał”, mówił półszeptem, jego oddech był przyśpieszony, posapywał, czuło się niezdrową ekscytacją tematem, raz po raz słychać było jego tłumiony chichot. Dla mnie jego zachowanie przy ambonie było po prostu niestosowne. Młody chłopak był jeszcze bardziej poruszony ode mnie, a jego ocena surowsza, bo po skończonej mszy, tuż przy wyjściu powiedział na głos: „On się zachowywał tak, jakby przed chwilą wyskoczył z łóżka po dobrym seksie”. To było celne spostrzeżenie. Nie wiem dlaczego, ale dominikanom się wydaje, że wolno im przekraczać pewne granice, igrać z poprawnością teologiczną (i obyczajową).
    U dominikanów zawsze mnie coś zaskakuje. Wcale nie pozytywnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2014. Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC | redakcja@tyniec.com.pl // blog wspierany przez jzelek.pl